Transkrypcja rozmowy
I proszę, może pan
mówić do mnie, ja będę z rzadka jedynie dopytywać. Czyli zaczynamy od początku. Od momentu, kiedy trafił pan do kinematografii. Jak pan pamięta pracę w Wytwórni Filmów Oświatowych, Fabularnych, te wszystkie łódzkie instytucje? Dodatkowo wiem, że dużo jest tych wątków, ale dodatkowo mistrzowie, od których pan się uczył.
Moja przygoda z filmem się zaczęła na praktykach szkolnych. Do szkoły trafiłem dosyć z przypadku, tak po liceum. Coś chciałem robić w kierunku plastycznym i znalazłem policealne studium technik teatralno-filmowych w Łodzi przy liceum plastycznym na Próchnika. Tam zdałem, bo wymyśliłem sobie kierunek modelatorstwo, bo zawsze miałem jakąś smykałkę taką rzemieślniczo-artystyczną. Nie pchałem się. Jeszcze nie byłem gotowy na wyższe studia plastyczne, ale coś szkoła związana z działalnością plastyczną bardzo mi odpowiadała. Tam dostałem się na kierunek modelatorstwo. Było bardzo duże obłożenie, przyjęli 32 osoby. Po wakacjach okazało się, że jest 100 parę na 2 kierunki: charakteryzacja, modelatorstwo. Ale byłem w bardzo licznej grupie. Tam 70 bodajże osób. Te klasy były za małe, nie mieściły nas. Było tam po prostu bardzo dużo tak zwanych spadochroniarzy, którzy nie dostali się na wyższe uczelnie plastyczne. A mężczyźni, żeby nie trafić do wojska, bo to już byliśmy po liceum, to już każdy był w wieku poborowym, a służba była wówczas obowiązkowa, więc się chronili, bo szkoła dawała tę ochronę przed odbyciem służby wojskowej. I tam było naprawdę ciasno i trudno było zrozumieć, ale już poszliśmy na praktyki i od razu w pierwszym miesiącu, bo to były bodajże praktyki takie zawodowe, i trafiliśmy dosyć dużą grupą, już nie pamiętam, ale na pewno nie jest 70 osób. Byliśmy podzieleni, bo żadna pracownia na Łąkowej nie mieściła takiej grupy, ale byliśmy w pracowni modelatorskiej, makieciarskiej. Widziałem hełmy jeszcze z „Krzyżaków”, jakieś tarcze z „Faraona”, więc to w ogóle jakieś abstrakcja. Dla mnie już to był rok 80, 79-81, bo w tych latach chodziłem do tej szkoły i już ten świat filmowy mi się zaczął podobać. Poza tym ze zwykłego praktycznego względu urodziłem się, mieszkam do tej pory i zawsze mieszkałem w Pabianicach, gdzie połączenie z Łodzią było najszybsze, kolejką podmiejską 15 minut. Mieszkałem w Pabianicach przy d dworcu, wytwórnia była przy dworcu, więc bardzo łatwo było tam się skomunikować, nie tracąc czasu, pół dnia na podróżowanie po Łodzi. Po tych praktykach już wiedziałem, że ta wytwórnia mi się podoba. I ponieważ był taki tłum, do dzisiaj z niezrozumiałych powodów dla mnie, w pewnym momencie już po miesiącu-1,5 bodajże nauki na tym modelatorstwie przyszedł dyrektor studium i liceum, bo to była jedna osoba, już nieżyjący pan dyrektor, który był związany.. Nie jest tajemnicą, że w tamtych czasach, żeby prowadzić szkołę artystyczną, trzeba było mieć oparcie w partii i tak dalej. I pan był czerwony, dosłownie na twarzy i w historii życia. W każdym bądź razie wyczytał 4 bądź 5 nazwisk, może 6, dzisiaj nie pamiętam, głównie mężczyzn, powiedział, proszę ze mną. I przeprowadził nas takimi korytarzami przez to studio. I mówi: „Od dzisiaj jesteście na charakteryzacji”. Dla mnie to by było, jakby mi dzisiaj ktoś powiedział, że jutro lecę w kosmos bez żadnego przygotowania. Ale jak to, na jakiej charakteryzacji i co to jest? Dla mnie niezrozumiały przykład. Wszedłem, zobaczyłem 10-15 młodych dziewczyn, które mozolnie rozkładały na sobie jakąś szminkę podkładową. Malowały te usta, rzęsy. Przecież ja z tym nie miałem nic wspólnego w życiu. Ja bym prędzej rękę do młotka, do gwoździa, piłą potrafię operować, już nawet mechaniczną taką, siamtą, do dziś nie jest dla mnie tajemnicą wytapetować samemu mieszkanie czy przerobić. Jedną z kolejnych moich skrzynek zawodowych to widzę taką srebrną z klamerkami, potrafię to powiększyć w dowolny sposób, zapinkami poprzerabiać. I wygląda to nawet dosyć profesjonalnie. No i tak zostałem na tej charakteryzacji. Znaczy jeszcze próbowałem się z tego wymigać. No bo co pan dyrektor mi w krótkich zwięzłych słowach wytłumaczył, że jeżeli się nie podoba, to mogę wziąć papiery i iść sobie do tego wojska. Było to bardziej ostro i bardziej dynamicznie, ale słów tutaj nie będę cytował. No więc taki trochę załamany poszedłem i jestem takim przykładem, że złapali gościa na ulicy, posadzili do warsztatu i nauczyli obsługiwać drugiego człowieka w tym wypadku, bo chyba w mojej pracy najważniejsze jest obcowanie i rozmowa z innym człowiekiem, często pójście na kompromisy. Często przemilczanie swojej wizji albo słuchanie, jakie aktor proponuje, ma propozycje, składa propozycje co do swojego wyglądu. To jest bardzo różnie i szeroko. I po pierwszym roku jego studiowania już charakteryzacji, uczenia się na sobie z golenia zarostu, bo żeby robić sobie nawzajem charakteryzację zawsze, odkąd mi coś tam urosło, nie nosiłem zarostu, więc żeby ten zarost nie zdradzał, czasami trzeba było się za kobietę charakteryzować w jakąś czarownicę, jakiegoś potwora. To już było pierwsze takie. Ale uczyłem się mozolnie, bo przeżycie chyba i do dzisiaj. Bo trzeba wiedzieć, że każda praca w filmie, każdy film to nie jest to, że już się wszystko umie. To człowiek podchodzi do tego, jakby do pierwszy raz. Pewien warsztat jest, pewna wiedza, pewne materiałoznawstwo. Często aktorzy już z takim doświadczeniem jak moje powtarzają się, ale każdy film to jest inne wyzwanie i inaczej do tego trzeba podejść. Więc też podszedłem do tego jak do wyzwania. Uczyłem się podstaw tej charakteryzacji. Ale po pierwszym roku trafiłem na praktyki. Miałem wybór, bo były teatry wszystkie, łącznie z operą łódzką i była wytwórnia: i Wytwórnia Filmów Oświatowych, i Wytwórnia Filmów Fabularnych. No ale znowuż jako że te Pabianice, kolejka, dworzec najszybciej było do… Więc postarałem się i to na tym zresztą człowieka, który przydzielał nas do tych praktyk wywalczyłem, że ja to na tak bliżej z Pabianic do tej wytwórni, więc może tam. Ale dziś już z tyłu by było, że jeżeli jakaś przyszłość mnie czeka, to prędzej filmu. Bo nagle wszedłem w te korytarze i
na tak długich korytarzach, jakie tam były, jeden produkcyjny, jeden był korytarz z garderobami, charakteryzatorniami, 3 piętro było administracyjne, ale parterem się przechodziło do hal zdjęciowych tam zakamarkami, po pokonaniu oczywiście portierni, gdzie ważną sprawą była… Był portier, a zwłaszcza taka pani, która już, a nawet imienia dzisiaj nie pamiętam, bo to już minęło tyle lat, ale to był prawdziwy cerber, ale w dobrym słowa znaczeniu. Ona trzymała tej klucze. Ona każdego poznawała. i ona decydowała – dać ten klucz, czy nie dać. Aczkolwiek trzeba uzyskać było administracyjną zgodę z wydziału inscenizacji, żeby gdzieś tam jakimś pomieszczeniem dysponować. Ale na tych korytarzach zacząłem się ocierać, mijać i kłaniać osobom, które dobrze znałem, a one mnie nie znały. Leon Niemczyk, Olgierd Łukaszewicz. I nagle jestem blisko tych gwiazd. To takie złapanie, młody człowiek złapał przysłowiowego Pana Boga za nogi. I tak chciałem z nimi obcować, bo to dla mnie były jakieś piedestały i wzorce, ideały. To czasem życie zweryfikowało, ale jesteśmy ludźmi. I tak trafiłem do pracowni, do dużej charakteryzatorni, wtedy tak się to nazywało, w starej części wytwórni, gdzie był przygotowany film Grzegorza Królikiewicza „Klejnot wolnego sumienia”. To jest opowieść o XVI wieku. Nieżyjący już Tadeusz Schossler, jego żona pani Regina Schossler i Basia Mackiewicz, która była opiekunką też naszej grupy, która odbywała tam praktyki charakteryzatorskie, Bronisław Wrocławski, Ryszard Dostanówko – takie pamiętam osoby i w takim składzie, te 5 osób, przygotowywało ten film. Nas dwóch młodych chłopaków, zresztą dwóch z Pabianic, odbywający nauki, pobierające nauki w studium technik teatralno-filmowych trafiło pod skrzydła tej wymienionej grupy. Tam dostaliśmy zadanie wykonać do przerwy jeden wąs duży sumiasty szlachecki. Potem była przerwa obiadowa. Każdy miał swoje kanapki, herbatkę. I potem drugi wąs. Także przez miesiąc tych wąsów nauczyłem się robić i wykonywać. Oni, starsi mistrzowie, pan Tadeusz, mówili: „Gęściej, rzadziej koloryzuj”. Więc to była taka naprawdę dobra szkoła tkania zarostów, bo zarosty, muszą wszyscy wiedzieć, robi się na bardzo cieniutkim tiulu nabitym na foremkę, nasztramowanym, naciągniętym i szydełkiem, które łapie jeden, góra dwa włosy, przyciąga każde oczko i teraz zależy od tego, co chcemy utkać. I przeciągamy, koloryzujemy, dobieramy te włosy mniej więcej 2 do 3 godzin taki sumiasty wąs z poprawkami, bo jednak praca siedząca i garbiąca się, i dobre światło wymagane. Także odbyłem te praktyki i już wiedziałem, że film jest jakby najbliżej na moim celowniku, jeżeli jest związany z przyszłością. Skończyłem szkołę, pojechałem sobie na wakacje. Po wakacjach z dyplomem do wydziału inscenizacji. Już się poruszałem po tych miesięcznych praktykach po wytwórni dosyć swobodnie, wiedziałem gdzie który pokój. Wszedłem do tej inscenizacji, mówię, że dzień dobry, ja tu chciałbym się zgłosić do pracy popracować. No ale pan kierownik inscenizacji wybałuszył duże oczy. Co to za jakiś smok tu przyszedł? O co mu chodzi? Nie mamy miejsca. A ja mówię: „Ale kiedy?”. „Niech pan zapyta za miesiąc”. I tak, wrzesień, październik, listopad do grudnia. W grudniu było trudniej wejść, bo był to 81 rok. Byli tam pracownicy w opaskach, były przepustki. Nie można było wejść. No to co tu zrobić? A jeszcze wcześniej upomniało się przede mną, to się będzie przewijało to wojsko, bo szykowali stan wojenny. Ja już byłem po skończonych naukach, a nie podjąłem żadnej pracy jeszcze. No to bilet. pokrętnymi drogami, skracając, udało się ten bilet odłożyć gdzieś tam nie dlatego, żeby mnie wybronić w ogóle z wojska, tylko żeby ojciec, krótko mówiąc, argumentował tam z jakimś panem pułkownikiem, żeby dać chłopakowi szansę, żeby złapał się do pracy, żeby już zleciały mu te staże, ZUS-y i tak dalej i tak dalej. Do dziś nie płacę ZUS. W każdym bądź razie zaczęły się rozpatrywania po rodzinie, bo młody chłopak, ambitny do wytwórni, a chciałby… Mama była pielęgniarką, pracowała w zakładowej przychodni, a wielu przychodziło się leczyć albo jakieś badania okresowe. Ale też i z różnych zakładów. Jakiś pan, który zajmował się sportem, mówi: „A ja znam, w towarzystwie spotykamy się z taką charakteryzatorką z wytwórni, to może ona by coś mogła polecić”. No to podany telefon. Szczęśliwie miałem w domu w tych czasach już telefon stacjonarny, więc nie byłem taki, że musiałem czekać na telegram. I drugą drogą brat mojej matki, żona brata mojej mamy chodziła do szkoły średniej i później spotykali się w towarzystwie ze znanym scenografem Bogdanem Solle.
No i też mówi, że jest chłopak, może byście tam w tym filmie jakoś tam upchnęli. I rzeczywiście Bogdan Solle się ze mną umówił. W wytwórni złapał za rękę, przeprowadził do znanych sobie wtedy, no pewnie znał wszystkich, ale obecnych charakteryzatorni, do Ireny Koseckiej, która miała już na swoim koncie i „Czarne chmury”, i „Westerplatte”, i już byli świeżo po zdjęciach bodajże do „Królowej Bony,” bo „Królowa Bona” były zdjęcia w 80 roku. Ta Irena to elegancka ładna pani w białym fartuchu. I pamiętam, że w wytwórni charakteryzatorki chodziły jak fryzjerzy w białych fartuchach, jak kiedyś fryzjerzy, bo dzisiaj to też inaczej, mają inne ubranka, tam korporacyjne czy takie, ale wtedy nosili wszystkie białe fartuchy, wszyscy charakteryzatorzy. Ona mnie zaprowadziła do kadr. W tych kadrach spisali moje nowe dane, „Ale jak coś będzie, to się odezwiemy”. Drugą ścieżką właśnie było, że kolejny raz gdzieś tam łańcuchem zostałem umówiony z panią Teresą Tomaszewską na rozmowę w tej dużej charakteryzatorni, gdzie się odbywały praktyki. Wówczas w wytwórni było tak, że główne nazwiska zajmujące się charakteryzacją miały swoje pracownie przydzielone, z których zwyczajowo korzystała pani Teresa Tomaszewska. To była duża charakteryzatornia w starej części wytwórni, w nowej części, gdzie było troszkę ciaśniej mniejsze. I właśnie urzędowała Irena Kosecka. Obok była Aurelia Opatowska. Dalsze boczne takie były bardziej przechodnie, bo też to był okres takich wymian, że dużo odchodziło na emeryturę. I pan Pośmiechowicz już odszedł, pan Mirosław Jakubowski, autor też charakteryzacji między innymi w „Potopie” też już przeszedł na emeryturę. Ale oni jeszcze mieli tam swoje szafy, takie jeszcze te swoje skarby, jakieś odcięte ucho z „Potopu”, jakieś tam butelka z krwią. Więc wszystko to zaczynało dla mnie nabierać takiej magicznej jakiejś wymowy, że dotykam czegoś, co już jako młodzieniec oglądałem na ekranie. Tutaj jest…. I wspaniale, że jest Skwer Leona Niemczyka, którego pamiętam z „Krzyżaków”. Musiałem być na tym filmie jak miałem między 9 a 10 lat, to jest nieprawdopodobne. Ja miałem temperaturę, byłem chory po tym filmie, ponieważ tam się wyrzynali, tam leciała krew z głów, wbijali jakieś noże, dziali się. Więc oczywiście to nie jest film dla małych dzieci. Dzisiaj może trąci myszką, więc inaczej, znamy bardziej drastyczne filmy. Ale wracając do Leona Niemczyka, ja żartobliwie mówiłem do niego wujek, bo to był ktoś, kogo znałem od zawsze, więc od tego 8 roku życia. I pracowałem z nim w jednym z jego ostatnich filmów „Szatan z 7 klasy”, później jeszcze chyba w „Ranczu”. I na tym Leon zakończył karierę w filmie, a wkrótce potem opuścił gwiazdozbiór na Ziemi. Odbywałem te praktyki. Nie było dla mnie specjalnego zatrudnienia. Stan wojenny, moja karta mobilizacyjne się odnalazła, na wiosnę wylądowałem w tym wojsku. Jak wszyscy szli na jakieś lądowe, tutaj w okoliczne wojska, jeden poszedł do marynarki wojennej do Ustki kształcić się. Ale przeskoczyłem, bo jedno, że pani Teresa Tomaszewska poleciła mnie swojej przyjaciółce, koleżance, a sama była matką chrzestną jej syna, pani Barbarze Marcinkowskiej, która pracowała w Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi na Kilińskiego. Pojechałem tam, bo Pani Basia poszukiwała asystenta, bo miała jakąś asystentkę, ale asystentka, młoda dziewczyna, zaszła w ciążę, więc wykluczało ją to z działania na planie filmowym. I tak się załapałem jako asystent pani Basi Marcinkowskiej w Wytwórni Filmów Oświatowych do produkcji filmu telewizyjnego pod tytułem „Orinoko” w reżyserii Krzysztofa Riege. Film chyba się nigdy nie ukazał specjalnie, chociaż gdzieś tam się w Internecie przewija, że powstał w ogóle. Miesiąc zdjęć na hali. Z najsłynniejszych aktorów był Ludwik Benoit,
syn Aleksandra Fogla Andrzej Fogiel. Więc z bardziej znanych mi wówczas aktorów tam zetknąłem się z Ludwikiem Benoit, z Andrzejem Foglem, synem Aleksandra Fogla. Też wracamy do tej przygody z „Krzyżakami”. Niestety nie było najsłynniejszych polskich aktorów, ponieważ to był czas bojkotu telewizji przez aktorów – stan wojenny. Dwa miesiące znieść na tej hali, nie wychodząc z niej. Bardzo ciekawa dekoracja. Bardzo ciekawa praktyka. Poza tym ja zostawałem, ponieważ pewnie mi pani Basia nie będzie miała dzisiaj za złe, już nie ma jej z nami też, ona o 14-15 mówi: „A to już pójdę, mężowi obiad muszę przygotować, a ty tu sobie dasz radę”. No to musiałem sobie dać radę. Więc to była też świetna lekcja. Potem w filmie upomniało się o mnie to wojsko, pojechałem do tej Ustki. I co też dosyć ważne, że dostałem kartkę taką wówczas na firmowym Wytwórnia Filmów Oświatowych i tam scenograf, dekorator wnętrz, kostiumograf. Wszyscy mieli pieczątki, oni mi przystawili, że to jest jakaś wybitna jednostka plastycznie uzdolniona i w ogóle nie nadaje się do wojska, że jeżeli już, to do jakiś artystycznych działań. I to mi pomogło, bo miałem ksero zrobione swojego dyplomu, ten opis swoich zdolności. I tam już na wstępie zobaczyli, że chyba nie bardzo nadaję się do okrętu, już do łodzi podwodnej szczególnie, bo troszkę za wysoki, a umiejętności mechanicznych nie mam. A jechałem z taką sugestią jako motorzysta drenażysta. Motorzysta to to, co wszystko mniej wspólnego z silnikiem. A dreny to te wszystkie rury, które tam prowadzą. I ktoś, kto tam wprowadził selekcję, mówi: „Panie poruczniku, panie kapitanie, bo tak przechodziłem takie szczeble, tu mamy ciekawy przypadek jakiś”. No to ten ciekawy przypadek, w końcu mi szepnął kapitan jakiś tam z tymi paskami na rękawach, mówi: „Słuchajcie, szkoda was, bo jesteście za bardzo tutaj wykształceni, a my mamy dla was to, co jest najlepsze. Służba 2 lata, czyli zostaniecie kapralem, pójdziecie na szkołę, bo jesteście… Macie maturę, macie wyższe wykształcenie, to będziecie szkolić innych”. To już nie miałem o tym zielonego pojęcia, no ale dobrze. Młody chłopak, który tam uprawiał trochę kolarstwo, łaził po górach, po Tatrach, co też w późniejszym w życiu jest też ważne w tej całej mojej opowieści. Odbywałem to szkolenie. Po dwóch miesiącach po złożeniu w przysiędze ojczyźnie ludowej zostałem przeniesiony na dwa miesiące do Łodzi, do miasta Łodzi tutaj na Źródłową, bo wymyślili sobie, że mogę, skoro pracowałem w filmie, to będę wyświetlał filmy. I tak oto po dwóch miesiącach kursu, to był kurs kierowników, kurs pomocników, kierowników klubów żołnierskich. I stamtąd dostałem skierowanie do Gdańska, na Westerplatte. Tam moim zadaniem było wiernie służyć ojczyźnie, ale też sprzątać rejony toalety i sale, ale też dostarczać jednostce wojskowej dużą taką paczkę propagandy w postaci gazet. Codziennie musiałem z tej jednostki, byłem przewożony przez kanał portowy i albo motorówką służbową, albo prywatną, bo to zależy, sobota-niedziela, ale zwykle i musiałem dostarczyć jednostce paczkę gazet. Odebrać z Gdańska, bo tam były z jakiegoś rozdzielnika. Miałem swój pokoik niewielki. Miałem kolorowe pisma, które miały duże wzięcie. Tam było takie czasopismo „Razem”, na okładce z tyłu zawsze były jakieś roznegliżowane dziewczyny, więc gazeta miała duże wzięcie. I też byłem gościem. A że umiałem coś rysować, to robiłem te chusty, fale takie na centymetrze się robiło, które odcinali rezerwiści. Toteż służbę miałem bardzo fajną, ale też i wyświetlałem. Była tam kabina projekcyjna, 2 projektory na 35 mm, które trzeba było… One się same nie włączały, tylko jak jeden się kończyła rolka, to trzeba było puścić następny akt, a tam takie były znaczki „Tylko tajne” na ekranie pojawiające się dla operatora, jakiś krzyżyk, kółko i trzeba było w odpowiednim momencie ścisnąć i tam przewijać te filmy. Ale jak to w wojsku w tych czasach, to i dla wojska były jakieś takie przedziwne filmy, głównie radzieckie o wojnie. Polskie to już było właśnie „Westerplatte” z racji tego miejsca, jakieś tam „Kalina Czerwona”, „Jarzębina Czerwona”. Przecież nie chcieli już tego oglądać, bo to ani ciekawe, ani nic. Był jakiś dzień, bodajże 8 marca, bo musiałem jeszcze jechać na ulicę Długą do Gdańska i tam wybrać dla, no to był dywizjon okrętów, dzisiaj żadna tajemnica, bo już nie istnieje ten kaszubski dywizjon okrętów pogranicza. My byliśmy na lądzie, obsługiwaliśmy tych, którzy służyli na morzu i strzegli granic. I dla nich sobota-niedziela to była rozrywka, czyli wolny czas i puszczaliśmy te filmy. Przyszło 5 osób, a chała. Był bodajże 8 marca, była pani kwiaciarka, z własnych pieniędzy kupiłem prawie wiadro tulipanów i do tych pań, które decydowały o tym, mówię: „O, Dzień Kobiet, ładnie”. Tak wszedłem, coś im tam: „A nie, chodź, marynarz, to zostaw te filmy”, bo tam były zawsze odłożone filmy. „Wybieraj tu”. Co ja sobie narobiłem.
Wybierałem najlepsze filmy: „Czas Apokalipsy”, „Rejs” Piwowskiego, komedie słynne, jakieś dostępne, wyświetlane w roku 81-82 wtedy na ekranach. No i to się zaczęło. Oficerowie, zaczęły się prywatne seanse po nocach. Więc ja „Czas Apokalipsy” obejrzałem 12 razy puszczając go, oprócz to śledząc te znaczki, to trzeba było to przełączyć. Ale po latach sobie kupiłem reżyserską wersję na DVD i stoi u mnie na półce na poczesnym miejscu. Także ta moja służba przebiegła raz, że na Westerplatte, a dwa, w kontakcie z filmem. Odbyłem tę służbę. Wyszedłem w kwietniu 84. Wróciłem do Wytwórni Filmów Oświatowych, gdzie jeszcze brałem udział przy filmach absolutaryjnych reżyserów, operatorów: Jana Jakuba Kolskiego, Jarosława Żamojdy. Były też firmy dokumentalne ze wstawkami aktorskimi. O generale Bemie trzeba było zrobić i generała Bema, i szarże tych ułanów, jego pomysły z rakietami. Było coś o Heweliuszu, więc pamiętam, że do Gdańska pojechałem mierzyć Stanisława Michalskiego, bo on grał Heweliusza, miał wąsik dorobiony przeze mnie, bródkę. Tam na miejscu panie mu w teatrze zrobiły perukę. I dużo takich, z 10 produkcji, które były krótkie, ale różnorakie w podejściu do charakteryzacji i dawały bardzo szeroką taką praktykę. Ta pani Basia Marcinkowska miała syna, który przed tym całym stanem wojennym i wojskiem uciekł do Kanady, i zafundował im w rocznice ślubu swoich rodziców podróż „Batorym” do Kanady. I ja zostałem sam. Tu podzielony, tu Darek, tu masz, tu przychodź. Przychodzimy do tej wytwórni oświatowej, wypijałem sobie herbatę, nikt się mną nie interesował i tak pracy nie było, bo jakieś takie zaniechanie, jakaś taka stagnacja też była. I odezwał się telefon, ten mój domowy. Zadzwoniła, przedstawiła się, że nazywa się – bardzo miły, ciepły, damski głos – Małgorzata Zawadzka. Oni poszukują asystenta do filmu Jerzego Gruzy „Pierścień i Róża”. Czy ja bym był gotów z nimi podjąć te pracę. Spróbować zawsze można. Miałem to wyposażenie w tej wytwórni, taką kasetkę, pędzelki i różne niezbędne utensylia do działań charakteryzatorskich. Więc taki z kasetką przyszedł gotowy podszkolony asystent do wielkiego kostiumowego filmu Bajki. I zresztą w podskokach tam poszedłem, bo to było moje Hollywood. Tam było. Ja zawsze z zazdrością patrzyłem, będąc tej oświatówce, jak przejeżdżają samochody oznaczone WFF: Wytwórnia Filmów Fabularnych, że to było coś, taki wyższy level, a tu to tak się obijam troszkę od tej ściany. I tam filmy wtedy się kręciło w 60 do 100 dni powstał serial i fabuła. Tam się przewinęło i wszyscy znani bardziej lub mniej. Już prawie kolega Ludwik Benoit, bo to kolejny film. Ale i młodzi: Katarzyna Figura, Zbyszek Zamachowski, Bogusz Bilewski i Janusz Rewiński. Więc już dotknąłem tego całego gwiazdozbioru, aczkolwiek byłem asystentem. Tam Liliana Gałązka była prowadzącym charakteryzatorem, Małgorzata Zawadzka była drugim, albo współcharakteryzatorem. Ja byłem asystentem. I co zabawne dosyć, pojechaliśmy na zdjęcia do Kielc na bodajże miesiąc, bo tam były plenerowe i po powrocie do Łodzi dołączyła do nas niejaka Wioletta Śpiechowicz, dzisiaj projektantka mody. Uczyła się, też skończyła tę szkołę i taką złapaliśmy jakąś sztamę, bo byliśmy asystentami, wspieraliśmy się i robiliśmy wszystko, co można najlepiej w tym filmie. I dzisiaj jest często powtarzane, i to jest z taką łezką w oku sobie oglądam, a gdzie nie spotkam, bo często się spotykaliśmy ze Zbyszkiem Zamachowskim.
I to zawsze z rozrzewnieniem wspominamy ten czas. No i potem już się otworzyła. Już nie wróciłem nigdy do Wytwórni Filmów Oświatowych, porzuciłem panią Basię, aczkolwiek obiecywano mi tam góry złota, też etat i tak dalej. Załapałem się od następnego roku, to już było 86, nawet miałem etat w Wytwórni Filmów Fabularnych. Poznałem każdy zakamarek, każde tajne przejście, każdy balkoniki, każdą galeryjkę na hali, bo takie były, nie zawsze dla każdego dostępne. Poznałem wielu tych charakteryzatorów, których filmy podziwiałem. Trafiłem pod rękę, od razu mnie złapała za gardło Irena Kosecka. Robiliśmy film „Pogrzeb lwa” pana Rutkiewicza, to przeszedłem ostrą szkołę strzyżenia oficerów aktorów na oficerów niemieckich. Łącznie z tym, że taką miałem przygodę, że nie umiałem tego w szkole, nie nauczyli obsługiwać maszynką elektryczną. I próbowałem… Zresztą w szkole miałem na bardzo słabym poziomie całe perukarstwo i fryzjerstwo. Charakteryzacje tak i tkanie, a same to czesanie stylowe i tak tam, były wymiany tych nauczycieli, bo to nie były jakieś zawodowi nauczyciele, tylko pracownicy teatrów i też dorabiali, odchodzili, mijaliśmy się. I pamiętam, jak mnie Irena Kosecka uczyła strzyc maszynką. Przyszedł pan aktor, otworzył sobie gazetę i czytał. Czemu to robił na fotelu? No wtedy nie protestowałem, ale no coś trzeba robić. „Można pana ostrzyc?”. „No trzeba, tymi nożyczkami”. Tam dziab, dziab, dziab, a Irena wyszła, Irena wróciła. Mówi: „A co tak dzióbdziolisz? Weź maszynkę”. No to ja, że tu mistrz mnie nauczy, to wziąłem maszynkę i tylko gdzieś widziałem jak chyba sam chodziłem do fryzjera, żeby mi tam warczał około ucha. No to tam maszynkę dawaj. Dziurę mu taką wyciąłem. Ta Irena się tylko skrzywiła, odwróciła. Ale mówi: „Rób dalej, rób dalej”. No to ja zachęcony. Miałem nadzieję, że ona to weźmie mi pokaże. Mówi: „Rób dalej”. No to dalej drugą dziurę mu wyciąłem, tu już jesteśmy przy skórze. Irena się skrzywiła i mówi: „Ja muszę wyjść”, więc ja zostałem sam tak spocony. Mówię: „Dobra, to ja może, wie pan, tu nożyczkami zakończę i tak grzebieniem, i tymi nożyczkami i tak ciak, ciak, ciak”. On tak zniecierpliwiony, bo już mu się ta gazeta skończyła chyba, ja go dziab, dziab, dziab wydziabałem. Wstał, popatrzył, mówi: „Nie za krótko trochę?”. „A wie pan, bo reżyser, pan Rutkiewicz, pan Jan to tak wymaga, on jest specjalistą, jego konik to jest wojsko niemieckie i mundur, wojsko polskie też zresztą”. No coś mu tam nagadałem. Zdjęcia były w Rzgowie pod Łodzią. Jako ten asystent z tymi kasetkami jadę na plan. Tam jakaś awantura, Jan Rutkiewicz. O coś tam głośno podniesione i głośne słowa padają. I w końcu padło: „Kto strzegł tego aktora?”. No to mówię: „To już teraz po mojej karierze i po mnie”. Idę ja, no mówię, to trzeba na klatę wziąć. Mówi: „Chciałem wam wszystkim powiedzieć, że tak powinien wyglądać oficer niemiecki, a nie jak ta banda kołtuniarzy”. Więc urosłem w pióra. Nagle ten aktor się mocno zdziwił. No ale wszyscy poszli do poprawki, narobiłem sobie i koleżance pomocy i tam jeszcze ich skubaliśmy. Bo chodziło, że tam była jakaś grupa kaskaderów, którzy nie bardzo chcieli wtedy pozbywać się swoich włosów, a nie tak dawno wrócili z filmu „Piraci” Polańskiego, więc większość miała takie brody, takie włosy, Dziunek Barański, Francman. Kto tam jeszcze by nie był, Grzeszczak i tak dalej, i tak dalej. No to takie były nauki. I później jakoś tam poszedł. W 90 roku to stwierdzą… A, jeszcze byłem tutaj w wspaniałym pałacu Muzeum Kinematografii z filmem „Powrót Wilczycy”, gdzie w głównych rolach i Leon Niemczyk, kolejny film, Marzena Trybała, Małgorzata Piorun, potem zniknęła, młoda aktorka, ale Joanna Trzepiecińska, Jerzy Zelnik. Nagle dotykam faraona. No ludzie, no to już jest coś, przecież „Faraon” to do dziś jak gdzieś w telewizji jest czy pokazywany, to nie ma takiego momentu, żeby to wyłączyć. No w którym momencie się to włączy, to trzeba dotrwać do końca. To jest dla mnie niepowtarzalny wyraz w całej inscenizacji, w kostiumie, w charakteryzacji. Pani Teresa Tomaszewska, do której potem trafiłem do filmu
tytułem „Pomiędzy Wilki”, gdzie w głównych rolach był Piotrek Dejmek i Grażyna Szapołowska. I ona mi opowiadała, jak tu w tej dużej charakteryzatorni szyli te peruki, te hełmy, te wszystkie cuda, jak mieszali szminki, bo to był film kolorowy. Polacy eksperymentowali w kolorze. Taśma nigdy nie odwzorowywała tego, co się dzieje naprawdę z kolorem, zawsze trzeba było coś oszukać. Trzeba było zrobić niebieskie, żeby to potem było bardziej różowe Ale no takie były, bo i słynnych światowych charakteryzatorów. Niejaki Max Factor robił na czarno-biały. To on jak pomalował, pokazali w kolorze prezenterkę albo aktorkę, to to był dopiero kosmita. W fiolety, zielenie, żółcie i co by tam nie było. Ale na czarno-białym było dobrze. A tu był kolorowy i troszkę widzimy, że można było te kolory lepiej popracować. Ale był to dla mnie niedościgniony wzór charakteryzacji i jeszcze w tych czasach, i tym niedoborze materiałów jest dzisiaj w ogóle… Film jest nie do powtórzenia. Byłem też, będąc w liceum oczywiście, bo to był 70, przecież 4-6 rok powstawał „Potop”, byliśmy z klasą na takim jakimś seansie. Dla mnie też dzisiaj nie do powtórzenia film. Miałem przyjemność potem prowadzić charakteryzację w „Ogniem i mieczem”. Mimo całego sentymentu do tego filmu nie dorównuje „Potopowi”. W swoim życiu później spotkałem, nawiązując do mojej przygody wojskowej na Westerplatte, trafiłem do produkcji filmu „Tajemnica Westerplatte”. O mało co nie pojechaliśmy tam realizować, ale to znowuż było jakiś zamieszanie. Cały film został zrealizowany, zwłaszcza plenery wszystkie, pod Wilnem na Litwie. W tej marynarce służyłem na lądzie, ale kontakt z okrętami był. Grałem w siatkówkę i gdzieś tam, pamiętam, pojechaliśmy do Szczecina na jakiś turniej. I zakwaterowanie, bo nie było wolnych miejsc, to każdy spał gdzieś indziej. Ja spałem na jakimś okręcie wojennym. Dzisiaj nie powiem jego nazwy i wielkości, ale gdzieś tam po latach trafiłem nie tak dawno, bo 3 lata temu do filmu, do produkcji filmu „Orzeł. Ostatni patrol”. Więc gdzieś to widocznie tak się to zazębia. I tak w moim życiu moje takie szczęście polegało na tym, że czasami się mówi, że nic dwa razy rzeczywiście nie zdarza. Ja miałem takie nawiązanie i do tego „Westerplatte” i do tego „Orła”, do „Potopu”. Pracowałem z mistrzami, którzy robili „Faraona”. Potem z panią Teresą miałem przyjemność pracować przy filmie Jerzego Kawalerowicza „Jeniec Europy” z francuskimi aktorami. Z Ireną jeszcze tam później jakiś serial zrobili, z Ireną Kosecką serial. Później Irena przeszła na emeryturę. Pani Teresa też, bo to już był ten czas, że oni się wszyscy wyzwalali z tego. I pamiętam, jak na tym spotkaniu jeszcze po szkole, jak próbowałem wdeptać, inni mi umożliwiali start w tym zawodzie, jak rozmawiałem z Panią Teresą Tomaszewską, która mi przez większość tego spotkania, trwało ono ze 3 godziny, tłumaczyła, że: „Chłopaku, wymyśl sobie coś innego do roboty. To jest tak niewdzięczna robota, tak odpowiedzialna, taka wyżymająca człowieka, że naprawdę są prostsze zawody na „ch” na CH. Nie musi być charakteryzator. Dzisiaj już blisko 40 lat mam praktyki. Czy bym Jeszcze raz zdecydował się na tę drogę? Na pewno tak. Przy czym to nie jest zawód, to jest sposób na życie, w którym się wykonuje ten zawód. Poznaje się cała masę ludzi. Często do tego stopnia, że ktoś mi się kłania na ulicy. Gorzej jak kobieta, bo staram się być uprzejmy i miły. Tylko że statyści, epizodyści łatwiej zapamiętają mnie niż ja ich wszystkich, a naprawdę przewinęło się tego dużo. Bo już nawet nie liczę tych filmów. Ale jakby liczyć każdą produkcję w której brałem udział, każdy tytuł… Nie to, że „Ogniem i mieczem” to osobno serial, osobno film, tylko to jeden tytuł. No to już w tym roku przygotowuje 90 taki tytuł, gdzie byłem tam asystentem praktykantem, ale otarłem się o ten film, więc mogę powiedzieć, że poznałem go od podszewki. Aczkolwiek te techniki się zmieniają. I tu jest też ważne, że dzisiaj mamy, nie dzisiaj, od 90 lat od połowy mamy, my, charakteryzatorzy, w Polsce dostęp do materiałów najlepszych na świecie. Do tego samego ma Hollywood, do tego samego mają Japończycy. Mało – miałem taki epizod współpracy w filmie japońskim realizowanym tu w Polsce, w Warszawie. „Chiune Sugihara. Persona non grata”. Nie mylić z filmem pana Zanussiego. I przyjechali Japonii dalekiej takiej troszkę, czy to ta Polska takie wiadomo co, przyjechali robić jakiś film o wojnie. Okazało się, że my im kupowaliśmy materiały, bo my mieliśmy lepsze niż oni.
Przyjeżdżali z Francji i ze Stanów, bo przecież tu i Spielberg realizował film i Francuzi. Czyli ja miałem przyjemność tam przynajmniej we dwóch z Malcolmem McDowellem „Wiatr ze Wschodu”, był taki film. I oni się dziwili, że my mamy w ogóle tak o, sobie szastamy takimi materiałami, gdzie tam nawet na Zachodzie troszkę oszczędzają tę krew. A my mieliśmy naprawdę. To mieliśmy i mamy do dzisiaj. Oczywiście kwestia ceny. Wytwórnia kiedyś opierała się tylko na jednej firmie, którą założył omen nomen Polak w Berlinie Zachodnim i stamtąd były sprowadzane materiały. One są do dzisiaj, tam w swoim logo mają Paryż, Berlin, Nowy Jork. I rzeczywiście na cały świat, lepsze, gorsze. Każdy z nas ma jakoś swoje ulubione narzędzia, ulubione materiały, więc ten warsztat, ten zestaw sobie sami komponujemy. Ale też były takie czasy, gdzie widziałem, tylko widziałem w szafie pana Mirka Jakubowskiego jako ciekawostkę taką zajęczą łapkę. Do czego w charakteryzacji zajęcza łapka? Okazało się, że się brało takim z grubym puszkiem dużo tego pudru na twarz, a zajęcza łapka ta delikatna sierść rozprowadzała go równo po całej powierzchni twarzy. Dzisiaj nie przeszłoby to. Już nawet pędzli nie mamy. Mamy syntetycznego włosia częściej, niż z naturalnego tam kuny, bobra, aczkolwiek są jeszcze, bo tego nic nie zastąpi. Ale ta zajęcza łapka to tak troszkę dreszcze po plecach trąci. Aczkolwiek to się konserwowało, czyściło. Kiedyś lisy, penisy, różne futra konserwowane, ale no była taka technika. Były początki, znaczy już nie takie początki, bo przecież jak ja nastałem w tym filmie w 80 tam 5-4 roku na dobre, to już był film kolorowy, ale też się spotykałem, że starszej daty charakteryzatorki pobierały z magazynu szminki, wrzucały do takiego tygielka i dobierały, robiły kolor. Nie mogłem tego zrozumieć, bo ta paleta była naprawdę ogromna i szeroka. Ale okazało się, że kolor, szminka i człowiek to jest jedno, kamera to jest drugie, taśma to jest trzecie. Obiektywy, filtry i postprodukcja, czyli potem koloryzacja filmu to jest kompletnie inne zagadnienie. Pamiętam przy zdjęciach próbnych „Jeniec Europy”, Wiesław Zdort był autorem zdjęć, zachodził w głowę, co się wydarzyło. Sprowadzone z Londynu kostiumy, zielony, słynny, uszyty na wzór dla Napoleona mundur artyleryjski wychodził nagle na niebiesko i zachodzili w głowę, bo po wywołaniu materiałów o co chodzi? Trzeba było znaleźć, co było tego przyczyną. Więc jakiś barwnik, który był w tym mundurze w tym materiale przebijał się i trzeba było znaleźć środek pomiędzy kolorem munduru a kolorem twarzy, kolorem włosów, bo często mundur wyszedł na zielono, ale twarze też i włosy nie daj Boże. Więc to były jeszcze takie numery z tym, żeby się… Nie wystarczy mieć warsztat i paletę szminek. Trzeba jeszcze wiedzieć, czy robimy na taśmie. Wówczas były w użyciu Kodak, Fuji i ORWO. ORWO było z byłego NRD i miało tendencję czerwienić często twarze. Ludzie, ręce, dłonie, skóra wychodziły jak gaśnica przeciwpożarowa i trzeba było wybledzać, a czasami w postprodukcji coś podłożyli, jakiś inny filtr i znowu się robił kłopot, bo żeby im się nie zmieniła scenografia kolor, bo to twarze wychodziły przedziwne albo pewne efekty zanikały, bo jakieś postarzanie, jakieś posiwianie, jakieś siniaki, krew znikała nagle. Dzisiaj są komputery i można to dołożyć. Często się pisze Ujmijcie krwi, dołóżcie krwi. Bo miałem w swoim życiu coś takiego. Wspomnianemu już Zbyszkowi Zamachowskiemu w serialu „Naznaczony”. Tam była taka scena, że jakiś zły człowiek go złapał za portki i za kark, i rzucił nim o drzwi, łamiąc mu nos, czy odwrotnie, czy Zbyszek jakiegoś człowieka. Nie, Zbyszek Zamachowski rzucił Darkiem Toczkiem o ścianę. Darek Toczek, aktor. I miał tak połamany nos. Wszystkim się podobało i to przeszło, ale stacja matka TVN mówi: „O to zbyt drastyczne”. I komputerem musieli wymazać troszkę efekt. Często się wzmacnia i dodaje krew. Widzimy takie tryskające jakieś czasami fontanny. To jest komputerowe, ale to czuć, tak jak czasami latające pociski, wystrzały. Ta technika cały czas się rozwija. Aczkolwiek ostatnio mnie najbardziej zaskoczyła w filmie „Orzeł. Ostatni patrol”, gdzie scenografię Marcelina Początek wybudowała okręt, odwzorowała ten okręt na podstawie planów, na podstawie zdjęć, bo nie ma. Pierwszy film „Orzeł” Buczkowskiego był robiony na bliźniaku Orła na Sępie, a dziś już nie ma tych okrętów, więc został wybudowany prawie jeden do jednego. Jest to autorska wizja, więc nie jest to jakby odtworzenie, odbudowanie, ale oddanie tego okrętu. Ale na zewnątrz okręt nigdy nie istniał. Istniał jeden model. I na bazie tego wygenerowane wszystko jest komputerem. Także to mnie najbardziej zaskoczyło, że już w Polsce istnieje taka technika, że ciężki, potężny okręt można wygenerować tak, żeby czuło się jego masę, jego wielkość. Bo jak miałem jeszcze przyjemność pracować przy filmie „Wiedźmin”, To po zrealizowaniu zdjęć była zrobiona lista efektów specjalnych. Okazało się, że to jest 300 sekund i musimy z czegoś zrezygnować, bo to tyle kosztuje, że ten film chyba nigdy nie powstanie. I film „Wiedźmin” dobrze że powstał, aczkolwiek powstał troszkę za wcześnie, jeśli chodzi o efekty komputerowe. Ale jakby nie powstał wtedy, to pewnie przeskoczyliby nas dzisiaj na Netfliksie czy gdzieś, gdzie dla nich to jest dzisiaj już tak. Ale okazuje się, że dla nas też i to jest dla charakteryzatorów pomocne bardzo narzędzie, które potrafi… Pamiętam, jak
pan Mirosław Jakubowski pokazywał postrzał w czoło, że ktoś dostaje taki. Po prostu przyklejał 20 groszy, na to nadbudował plastikiem. Tam wkładana była taka mała spłonka, troszkę większa niż duży łepek szpilki. Kabelek już we włosach był schowany. Kropla krwi. Było „puf”. Moneta była po to, żeby nie zrobiło dziury w czaszce człowiekowi i to eksplodowało na zewnątrz. Dzisiaj, jeżeli robimy takie postrzały, to albo robimy efekt po postrzale, jest on komputerem zamazany, albo czasami robimy markę i sobie spece od komputerów zrobią sami. Także no przez lata też zmieniały i te techniki charakteryzacji, i generalnie materiały, gdzie dzisiaj już w filmie często rezygnuje…. W filmie się dawno zrezygnowało z grubych make-upów, grubych podkładów na twarzy, dużego pudru. Zawsze idziemy w stronę naturalności. Lepiej jak ta skóra jest satynowa albo błyszcząca, a już najlepiej, jak się błyszczy. Jeżeli jakieś efekty nanoszone na twarz, siniaki, krwiaki, to są tak cieniutkie, że to wygląda, że to jest w zasadzie pod skórą do postarzania. Elementy kiedyś się robiło na przykład by wywołać takie straszliwe zmarszczki wokół oczu i to na czole kurzym białkiem. Potem były gumy różne lateksowe. Dzisiaj nie znamy składu, nie wiemy, kupujemy gotowy produkt. Też mieliśmy z tym kłopot, bo przez jakiś czas był zablokowany dostęp, bo rząd, ministerstwo zdrowia żądało receptury, z czego jest zrobiony dany produkt. Żadna firma tego nie powie. Tak jak małą dygresję. Czasami przy różnych realizacjach filmowych: „Panie Darku, pan coś opowie o filmie” i padało pytanie – ile litrów krwi zużyłem? Ile litrów kleju? Ja tego nie liczę. Tyle, ile jest potrzebna. Z takiej małej ilości buteleczki tam 50 ml można zrobić naprawdę spory krwotok. To zależy jak i kto zrobi, albo z czego jest zrobiona krew. No to ręce mi po prostu opadają, jeżeli to jest dla was istotne. Jest to bycza krew. Ale oczywiście to nie jest. Jest to wszystko antyalergiczne, odporne, nie zostawiające śladów, często nie zostawiające śladów na kostiumach, bo też trzeba wyprać, odświeżyć albo powtórzyć, albo oddać do magazynu nie pofarbowany kostium.
Bardzo dziękuję.
