To jest jakby wielostronne spojrzenie, ponieważ żona urodziła się w Rosji i te wszystkie pierwsze lata spędziła właściwie wśród Rosjan. To wszystko działo się w Taganrogu. W tej chwili takim najbliższym miastem jest Mariupol. Znaczy w tej chwili, ponieważ no to co się dzieje w tej na Ukrainie. A Taganrog wtedy był miastem rosyjskim, średniej wielkości, nad morzem azowskim. Właściwie ten Taganrog był takim miłym wyjątkiem w życiu, w dzieciństwie mojej żony. Wprawdzie to były lata 30. straszliwe prześladowania Polaków, stalinowskie. W nocy odbywało się wyciąganie z domów, wysyłki na Syberię, ale ponieważ wtedy żona była dzieckiem i żyła w środowisku dzieci to z odległości lat, kiedy, kiedy była już mieszkanką Łodzi, Polski, z olbrzymim sentymentem wspominała lata w Taganrogu. Szukała kontaktu ze współczesnymi mieszkającymi w tym mieście. Także no kilka razy jej się udało, gdzieś z ulicy ściągnąć Rosjan, którzy, okazało się byli właśnie stamtąd.
Prosiła o widokówki, żeby przesłali jej. Tutaj ich gościła, obdarowywała, jak swoich. Tam zresztą pierwsze lata w szkole. Żona miała również talent muzyczny. Mianowicie wszystkie te takie cechy, które rokowały, żeby była świetnym muzykiem. Chodziła do szkoły muzycznej. Na skrzypcach uczyła się, ale bardzo to jej nie odpowiadało. Nie wiem co to była za kwestia. Temperamentu? Czy możliwe te ciężkie katowanie tych kolejnych zadań muzycznych. Ale Albinoczka to było imię używane przez ojca żony. Dla niego to było bardzo przystające takie do żony imię, sympatyczne i zapowiadające właśnie taka osobę żywą, otwartą. Po prostu widocznie bardzo podobało mu się to imię. No trzeba jeszcze dwa słowa o samym ojcu powiedzieć, o jego drodze życiowej. Mianowicie to była jakaś, nie pamiętam, w każdym razie, gwałtowna awantura z rosyjskim oficerem. No blisko Łowicza. On stamtąd właśnie pochodził.
No po tej awanturze szybko znalazł się na Syberii i dopiero to wszystko co się działo po I Wojnie Światowej, wojna domowa w Rosji, powstanie Związku Radzieckiego. To właśnie były te jego lata, kiedy z tej dalekiej Syberii, zimnej, przemieścił się do Taganrogu. Tam pracował, poznał tą przyszłą żonę pochodzącą z Kozaków bodaj dońskich. Bo tam jest jakieś rozróżnienie właśnie. No i pojawiły się w jego życiu dwie córki. Pierwsza była Nella, natomiast właśnie Albinoczka, nie wiem w dokumentach, jak to tam było zapisane. Albicznoka, czy Albina? Ale chyba Albina. Prawda? Bo ojciec jednocześnie bardzo strzegł tego, że są Polakami. Więc na każdym kroku demonstrował. Zresztą jego przygody syberyjskie i droga przez całą Rosję, aby znaleźć się w Taganrogu, to niesamowita w ogóle epopeja. Także już ustaliliśmy, że Albinoczka powstała właśnie w Taganrogu. Tak jak powiedziałem no wtedy straszne rzeczy się tam działy. W jaki sposób no oni ocaleli? Bo ojciec taką miał prace właśnie, że za tą pracą mógł się lekko schować
Mianowicie kierował zaopatrzeniem dla szkół. To cała taka właśnie baza materiałowa, ale wkrótce w Taganrogu pojawili się Niemcy i całą rodzinę wsadzili do wagonów, razem z Rosjanami oczywiście i do Berlina na roboty przymusowe. Dla żony, która tam miała dzieciństwo związane tylko z tym pięknym miejscem, Taganrogiem, nagle ta podróż to była nie tylko podróż liczona kilometrami, tylko odbiorem po prostu życia. Zamiana całkowicie tych obrazów, które teraz rejestrowała. Często opowiadała, bo ten pociąg to tygodniami przemieszczał się. Często się zatrzymywał na postoje kilkudniowe. Zapamiętała właśnie takie miasteczko właśnie gdzie cała ludność, to było takie żydowskie miasteczko, cała ludność już zniknęła zupełnie. Natomiast na rynku, dosłownie cały rynek był wysłany, wyścielony zdjęciami rodzinnymi. Po prostu wywalano z tych domów właśnie wszystko co było związane z tymi poprzednimi mieszkańcami. I żona tak zapamiętała właśnie to właśnie deptanie tychże zdjęć. No wszyscy, nikt nie patrzył przecież pod nogi, gdzie stąpa. I tego rodzaju to były obrazy w drodze do Berlina. Ale z drugiej strony właśnie ci ludzie odczuwali, Polacy, szczególnie właśnie, odczuwali ulgę wynosząc się właśnie z tej epoki Taganrogu rosyjskiego.
Bo byli no rzeczywiście w kolejce po prostu na zsyłkę, na śmierć. Natomiast tutaj Niemcy jednak potrzebowali ich. Prawda? Byli pracownikami, wszyscy gdzieś tam przypomnieli sobie zawód, który kiedyś uprawiali, albo podszywali się, że coś potrafią. Także nawet ze strony jakby Niemców nie było to tak straszne. Natomiast usytuowanie tego obozu, przy lotnisku Tempelhof, było no straszliwe, ponieważ Anglicy nieustannie bombardowali. A czego nie zburzyli to cały czas lano tam fosfor i różne zapalające materiały. Żona właśnie tam straciła właściwie wszystkie koleżanki z Taganrogu. Te które właśnie z rodzicami zostały wysłane do Berlina, ponieważ nie wolno im było korzystać ze schronów. Była taka dosłownie no coś w rodzaju okopu, płytkiego, nieprzykrytego. Kiedy ogłaszano alarm oni wskakiwali do tych dołów. Także w momencie, kiedy Anglicy lali fosfor to właśnie na głowy tych biednych ludzi.
Żona miała jeszcze i jej siostra przygodę, bo już na takiej jakiejś bocznicy poprzedzającej Berlin, nie wiem, one oddaliły się, czy coś w tym rodzaju. Także zostały same, bo pociąg z rodzicami odjechał. Gdzieś tam został przetoczony. Gdzieś indziej, czy do innej miejscowości po prostu. Także pierwsze miesiące spędziły, ta dwójka dzieci, same. Tamta siostra była troszeczkę starsza to takie przysposobienie tam Niemcy robili nawet dla dzieci. Obsługa jakiejś prostej maszyny. Prawda? Natomiast żona została włączona do takiej brygady, które sprzątały te pomieszczenia, w których mieszkali polscy robotnicy. Ale któregoś dnia, byli oni odcięci od jakiejkolwiek komunikacji, łączności i tak dalej, kierując się trochę przeczuciem i tym co usłyszała na drugim końcu Berlina jest pociąg właśnie i że tam są właśnie również Polacy, więc żona przedzierała się przez wojenny ten Berlin, gdzie nie będąc jeszcze do tego Niemką. Prawda? To heroiczny, w ogóle jakieś nieprawdopodobny wyczyn, dotarła na tą gdzieś na tą stacyjkę i rzeczywiście byli tam rodzice. I jak to właśnie moja żona jeszcze chleb im przyniosła., ponieważ prowadziła handel wymienny z dziećmi niemieckimi. Tam niezwykle cenione były właśnie te kulki z łożysk, które w tych warsztatach. Tam przecież były montownie samolotów i tak dalej, to była nie tylko lotnisko, nazwijmy pasażerskie, tylko, zapomniałem, jonkersy chyba, jedna z tych samolotów, które bombardowały zresztą Polskę, Warszawę. Tam były właśnie składne. No i często te remonty i tak dalej, wymiana na tych łożysk kulkowych i żona całe stosy tego zbierała, a u tamtych dzieci niemieckich w cenie były, także to była wymiana.
Tamte dzieci kradły chleb z domu rodziców, prawda. I dostawały za ten chleb kulki. Nie tylko chleb i różne spożywcze, co się wtedy dało. No zresztą Niemcy tak samo biedowali. Ale była no szalenie zaradna. Kiedy wojna się skończyła to rozterki były, czy wracać do Polski, czy w świat. Bo wtedy była możliwość, zresztą wykorzystana przez Polaków, olbrzymia – Australia, Kanada. To tylko te dwa powiedzmy główne adresy, ale także tysiące Polaków, właśnie tam się udało. Ale no nie wiem jakie były, czy patriotyczne, czy po prostu ojciec zapragnął jednak do Polski. Każdy odcinek życia żony w tym czasie był niesamowicie no obwarowany niebezpieczeństwami, bo na przykład, nie pamiętam, to z Bremy chyba do Szczecina. Statkiem trzeba było jechać. No bo koleje to były zbombardowane i tak dalej i no także dużą grupę tych pasażerów trzeba było wysłać statkiem. A całe morze północne, właśnie no to przylegające do Niemiec, było zaminowane. Także ten stateczek, który ich tam co chwila zatrzymywał się, bo tymi odbojami takim odpychano miny, które po prostu otaczały ze wszystkich stron ten stateczek. No ale dotarli do Polski. Ten ojciec miał jakąś taką rodzinę. Nawet im się dobrze powodziło, bo chyba warzywniak miał. Taki właśnie – warzywa, spożywcze jakieś rzeczy. Bo to jeszcze te czasy były, kiedy no państwo jeszcze nie wzięło w garść wszystko, prawda? Łącznie z tym drobnym handlem. No ale on byli szaleni biedni. No nic nie mieli. Prawda? Najpierw coś tam się dorobili w tym Taganrogu.
To też było strasznie niewiele. Bo cóż można było. Także pierwsze lata w Łodzi, mimo że oczywiście zmiana tej sytuacji, prawda byli pełnoprawnymi obywatelami. Ale pod względem materialnym to rzeczywiście było niezwykle ciężko. Ale żona zapamiętała ten czas, nie tylko ona, bo osoby tam z tego kręgu jej, że była niesamowicie ciągle modnie ubrana. Sama z tych różnych takich właśnie otrzymywanych, bo były w ramach pomocy prawda, bo tacy biedni ludzie otrzymywali z zagranicy, prawda, znaczy Polska, ten Caritas i tak dalej. I ona z tego przerabiała to na dziesiątą stronę. No i była uznawana za najmodniejszą w całym tym kręgu tych dziewcząt, które miały często bardzo normalne już domy, bo zasiedziały tego w Łodzi. Także w domu była straszna biedna. Natomiast żona była bardzo ładnie wystrojona. A ponieważ była osobą no wesołą, otwartą, sympatyczną to również kiedy poszła do liceum plastycznego, no i środowisko było już właśnie artystyczne również, bo przecież słabo po polsku mówiła, ale była akceptowana i powiedzenie miała duże. Chodziła do tego słynnego liceum plastycznego. Zapamiętała jako świetnych ludzi. Ówczesnych profesorów, którzy no świetnie wyczuwali jej sytuację, prawda.
Także, skończyła. I to się w miarę tego poprawiała się sytuacja życiowa tych rodziców. Ale mimo wszystko, no o wyższych studiach wtedy nie myślała, bo pierwsza rzecz to była no żeby jakieś pieniądze do domu przynieść. Zaczęła pracować w takiej no fabryce firanek i zasłon, czy coś w tym rodzaju. To chyba były zakłady imienia Tadka Izena (23:54). Nie wiem, czy precyzyjnie to zapamiętałem. Tam się projektowało właśnie te tkaniny, które służyły do dekoracji domów. Oczywiście firanki. I nawet, na tle bardzo doświadczonych osób, które jeszcze, jeszcze przed wojną w tej branży pracowały, no żona błysnęła po prostu talentem. I jeszcze miała właśnie taką cechę, mianowicie, że je projekty znajdowały uznanie, bo ci pracownicy proponowali, prawda, że tak krateczka, czy jakieś ten. A komisja, żona właśnie uwzględniała, że ta komisja to jest tam. Artysta to jest po prostu jakiś jeden, ale przede wszystkim rządzi sekretarz partii, bo był w komisji artystycznej, prawda. I w tym, że tego, że oni w jakiś sposób no czuwali na tym, aby robić rzeczy, które spodoba się masowym odbiorcom. Do tego dochodziło, że inni projektanci po zaprojektowaniu, najpierw przychodzili do żony i pytali się ,,Słuchaj, czy to przejdzie?”. I na ogół właśnie mówiła ,,Słuchaj, trzeba tam, popraw” albo ,,To to w ogóle nie przejdzie” i tak dalej. Miała jakiś niesamowity dar tego odczytywania intencji jurorów. A to ciągle się odbywało, prawda.
Także w tych zakładach urosła na tam, w końcu ciągle młoda dziewczyna, na zananą taką osobę, ponieważ wszyscy, od robotnika, poprzez inżyniera, no byli zainteresowani żeby ta fabryka pracowała, prawda. Żeby to co co wytwarza znajdowało odbiorców. I rozeszła się właśnie ta jej legenda, że ona jest taka w tym dobra. Także kilka razy na ulicy Łodzi, już w latach właśnie 70. spotykaliśmy starych pracowników, którzy pamiętali ją. ,,Oj tego pani Alu, ale pani to była dobra w tym”. No ale później tak to się wszystko złożyło, zaczęła pracować w Szkole Filmowej, a ze Szkoły Filmowej zaproponowano jej, chyba Sierotce Marysi to był pierwszy film o krasnoludkach i Sierotce Marysi. No w każdym razie zaczęła pracować jako kostiumolog. To związane jest z pierwszym mężem żony, który był absolwentem Szkoły Filmowej, wydział produkcji. No i w tym czasie jeszcze, nie wiem czy jeszcze był studentem, czy był związany tylko przez kolegów i przez to środowisko. Z jakichś względów namówił ją, aby zrezygnowała z tamtej pracy, a w dziale tej oprawy plastycznej, co sprowadzał się głównie do czegoś co strasznie nie lubiła. Mianowicie pisania czołówek, ponieważ wtedy się wszystko robiło tymi no ręcznie. Nie było jeszcze letrasetów itd., więc ciągłe dłubanie tych literek było. Kiedy ktoś tam właśnie już z tych chyba wykładowców w szkole, ponieważ no była no taką osobą właśnie, którą się zauważało, już nie pamiętam, ktoś tam zaproponował właśnie, że potrzebują do filmu. Zresztą trafiła do filmu, który robił taki jeden z najwybitniejszych polskich scenografów, Szeski. To był jego debiut, szalenie nieudany, jako reżysera filmowego. Tam miała zadania, no jakieś świetne pomysły, ale nie najlepsze do zrealizowania tego Szeskiego.
On głownie był tak naprawdę nie tyle stenografem co kostiumologiem. No wiele znakomitych filmów właśnie, między innymi Hoffamana ,,Potop”. Duże zrobił. Ale wtedy właśnie koniecznie chciał reżyserem być. No i może żona miała jedynie kostiumami się zajmować, no ale on był taki no sam kostiumologiem, więc to właściwie była taka współpraca. Natomiast współpracowała z nim przy z samym tworzeniu filmów. Tylko to były takie rzeczy, na przykład on no mówi jej ,,Słuchaj dzisiaj będziemy robili, że woda zielona się robi w strumyku”. Bo tam w okolicach Ojcowa bodaj to robili, czyli rwący taki górski strumyk. ,,Staniesz na mostku, jak powiem kamera to te farbki tam wrzucisz do tego strumyka”. No oczywiście jak wrzuciła do tego strumyka to tylko przez chwile było zielono, bo spłynęły i nie było. Taki tam różne zabawne sprawy, bo tam lis odgrywa w tym filmie dużą rolę ma. No oczywiście nie można było liczyć na to, że lis będzie na planie, więc był pies w lisiej skórze. Ten pies nienawidził tego i w ogóle bał się tej lisiej skóry, jednak niemniej grał. A w połowie zdjęć uciekł. Cała ekipa krążyła po okolicy i krzyczała ,,Lisiczko wróć, Lisiczko wróć!”. Ale to takie tylko anegdoty. Natomiast właśnie, że kontakt z tym Szeskim, tam to chyba było nawet dwóch reżyserów, ale z Szeskim na pewno niezwykle cenny był. No i tak się po prostu zaczęło.
Kostiumy. W krótce bardzo taki ważny film robiła jako kostiumolog ,,Świadectwo urodzenia” Stanisława Różewicza. Różewicz wspaniałą opinię jej, nie tylko na końcu wystawił, ale cały czas, każdego dnia, był zaskakiwany jej wrażliwością. Także ta dziewczyna grająca główną rolę to właściwie już tym samym co na sobie miała, już po prostu mówiła tak wiele, że sam scenariusz był dopowiedzeniem do tego. Oczywiście przesadzam nieco. Ale w takiej sakli żona była odbierana. Z czasem, znaczy to nawet szybko, bo bardzo interesowała ja jednak sprawa, sprawy wnętrzarskie. Podczas gdy kostiumolog nie tylko stara się o kostiumy, ale jeszcze musi starać się o przychylność aktorów prawda. Co nie zawsze jest łatwe, a nawet, no ponieważ dla producenta, reżysera zgoda aktora jest często mimo wbrew sobie. Jednak dla nich jest wygodniejsza zgoda aktora prawda, tego, że on akceptuje. Wszystko jest gotowe do pracy i nawet jeśli kostium świadczy całkowicie przeciwko tej roli, którą gra. No ale, także żonie nie odpowiadały właśnie te umizgi wszystkie. Czy, jakby zaprzeczanie po prostu własnemu widzeniu sprawy, na rzecz jakiegoś takiego niedobrego paktu pokoju.
Natomiast, jako wnętrzarz była absolutnie osobą no swobodną, ufną we własny talent. Czyli nie potrzebowała dodatkowych jeszcze jakichś tam zabiegów, żeby uzyskiwać akceptację reżyserów, bo tutaj tylko od reżysera, chociaż jeszcze pomiędzy był scenograf, ale ponieważ świetnie to robiła, więc scenografowie ją uwielbiali, bo można powiedzieć scenograf zrobił ten, ten ściany, prawda, pomieszczenia, żona wchodziła tam, udomawiała to, a scenograf robił ściany już następnego w tym czasie. Czyli wiedzieli, że zrobi najlepiej jak tylko można. Ciągle mówię właśnie, że żona była taka wspaniała, tylko teraz pomyślałam, że to naprawdę tak było wszystko. Wprawdzie kariery muzycznej nie zrobiła, ale to było w zgodzie z jej aspiracjami. Bo mianowicie do tego obozu w Berlinie ojciec, który strasznie liczył na jej karierę jako skrzypaczki również do tego skromnego dobytku jaki mogli ze sobą wziąć, wziął skrzypce również z Taganrogu. Ale podczas jednego z tych bombardowań tego obozu bomba trafiła w ich właśnie tą sztubę. Oczywiście skrzypce spłonęły. Wszyscy rozpaczali, tylko żona gdzieś tam się śmiała, szczęśliwa, że też skrzypce zostały zlikwidowane. Ale wszystko co właśnie robiła w związku z filmem, pamiętam jeden konflikt tam z reżyserem, chodziło no to się wydaje banalne, ale ważne. Obrus na stół, właśnie.
No i tu kontrowersja wynikła. I reżyser nic i tylko upiera przy swoim tam tym. Ale wpadł tam w środek tej scysji, no legenda, jeśli chodzi o wnętrza, Marek Iwaszkiewicz, który z żoną współpracował, jak się rzucił na tego reżysera ,,Ty pijaku, ty gnoju!”.Ood tych pijaków, bo rzeczywiście było trochę prawdy w tym. No w każdym bądź razie tamtego zwyzywał i jeszcze do tego dostał ostrzeżenie, żeby to był ostatni raz, żeby kwestionował to co proponuje żona. No i tego, no i tamten reżyser został wielkim przyjacielem od tej pory żony i nigdy już nie miał już jakichś wątpliwości jeśli coś proponowała. Także u tych, nazwijmy kolegów właśnie, chociaż wszyscy w jakiś sposób byli, albo tak jak Marek, starszy, doświadczony przecież niesamowicie, czyli ludzie bardzo wykształceni. Często oprócz wykształcenia plastycznego to jeszcze mieli no historię sztuki. Co w filmach kostiumowych, czy w ogóle historycznych ma jakieś znaczenie. Ale żony nigdy nie tą przewagą nie przesuwali na jakiś tam dalszy plan, ponieważ żona miała niesamowity właśnie instynkty. Czasami nie znając dokładnie tam tego tła historycznego. Natomiast znakomicie czuła potrzebę ludzką, prawda. Że aktor grający właśnie jakąś tam sytuację i tak dalej, no dla niej nie był człowiekiem papierowym, prawda. Nie uradził się na kartach scenariusza, czy książki. Ona widziała człowieka.
Ona imponowała właśnie kolegom tym, że tylko ona potrafiła właśnie dostrzec coś tam, prawda. Że wystarczyło na stoliku położyć coś takiego, prawda. Czy żeby w jego kostiumie była jakaś taka sprawa, nie wiem, dziura wypalona od papierosa. Operując właśnie takimi z tego właśnie, nazwijmy z repertuaru życia, tymi szczegółami. No była po prostu ponad nawet tymi wiadomościami właśnie, których się dowiadujemy z książek. Doskonale czuła zawsze sytuację życiową w jakiej znajduje się ta postać. Z tego również ja szalenie korzystałem, bo oprócz tego, że wiedziałem, że dekoracja, która dla mnie żona przygotowuje, że jest absolutnie znakomita i wszyscy się zachwycają. To jeszcze doceniają właśnie te rzeczy takie, które są poza wiedzą, poza nawet taką oczywistością, którą niektórzy nawet nie dostrzegają. Ale żona miała cały ten repertuar. Tylko trudno powiedzieć, że to repertuar, bo zawsze to był błysk taki, prawda, zauważenie. A była właśnie takim właśnie osobnikiem, który zauważał, że można z banalnej zupełnie sceny, prawda, zrobić znaczącą. Współpracownikiem no to tego była znakomitym. Bo jeszcze oprócz tego kanapkę miała dla mnie i kawę. Przede wszystkim nie musiałem myśleć, że pewien zakres, gdzie musiałbym podejmować decyzje, czy jest to dobre, czy to jest złe. To najpierw pierwsze było, że to jest bardzo dobre. Już wiedziałem.
I dalej to tylko szukałem właśnie tego co jeszcze wprawiało mnie w zachwyt. Właśnie jakieś drobne przesunięcia. Czasami zastanawiam się skąd się właśnie u niej to bierze. No jedyna odpowiedź, która mi przychodziła to właśnie, to niezwykle ciężka droga życiowa. Mimo że przebyta z uśmiechem. To jednak to wszystko, no bo wiemy, że to jest głownie droga tego pokolenia właśnie nieszczęsnego, które w swoim życiorysie miały dwie wojny światowe, okupacje, różne straszne rzeczy. A ona w tym czasie była dzieckiem. Ale no była w tym wszystkim. I to, zresztą nazwać zabawą, kiedy handlowała tymi kulkami z łożyska za chleb, prawda. Przecież to była. Ona dla rodziny to robiła też. Wydaje mi się właśnie to, ta przenikliwość istoty, prawda. Że tego, że ona potrafiła właśnie dotrzeć do istoty zawsze sprawy. To co jest najważniejsze. Chociaż, albo jest niewidoczne, albo jest drobiazgiem, ale jakby znakomicie naświetla również całość tej sytuacji. Także każda scena właściwie no powodowała, że miała coś do powiedzenia ona.
Byłem asystentem Kazimierza Kutza. Moja przyszła żona była dekoratorem wnętrz. Ja jako asystent również musiałem zajmować się rekwizytami. No i w ten sposób poznaliśmy się. I to nie wynikło jakby nawet, właśnie bo teraz pomyślałem, że to się tak jakoś rzeczywistość zmanipulowała. Tylko rzeczywiście no zakochaliśmy się w sobie. Niezwykle, no ponad wszystkim i jakimiś zbiegami okoliczności. No bardzo mi się podobała jako kobieta. Również to co mówiła w związku z tymi wykonywanymi przez nas pracami. No od początku mi imponowała. To było coś takiego właśnie co lepiej żona opowiedziała tymi karteluszkami, niż ja mogę powiedzieć. Jak różnie mogę o swoim życiu myśleć, to jedna rzecz to na pewno i wyszła wspaniale, to że miałem właśnie taką żonę. Bo była znakomitym człowiekiem. Mimo że dostrzegała, to mówię już o życiu poza filmem, dostrzegała właściwie każdego człowieka. I znajomości właśnie wynikające z takich czasami no niby słabostek. No była zakupoholiczką i to taką nieprawdopodobną, prawda. W związku z tym, jak miała znaleźć wspólny język ze sprzedawczyniami w tej Łodzi, z kierownikami sklepów. I robiła, to że wszyscy odbierali to bezinteresownie. Bo tak rzeczywiście było, że to wynikało z jej takiego właśnie charakteru. A w tym kupowaniu to było również coś właśnie w związku z tymi latami biedy strasznie. W tej Rosji również jedna ciotka była rybakiem, jedna ciotka była dziennikarką, ale taka właśnie jak w Związku Radzieckim.
Zresztą naraziła się, bo miała chyba dyżur w redakcji. No i przepuściła coś takiego co nie powinna przepuścić, prawda. A wtedy to, także no odebrano jej córkę, ona na Syberię. Córkę do domu dziecka. Także tego, po latach dopiero matka z córka zostały skojarzone ponownie. Także tam działy się tego rodzaju rzeczy, ale kwestie materialne to nawet wtedy specjalnie nie myślano, bo na tym minimalnym poziomie wszyscy się znajdowali. Także ta ciotka rybaczka tam ryb przyniosła, prawda. Mieli ogród, to były te, bo przecież to już tam jest ciepły kraj. Mieli owoce i takie jakieś płody tam ziemi. A Łódź to rzeczywiście otwarta bieda była. Bo zupełnie goli tutaj się znaleźli. Tam to przynajmniej jeszcze ta rodzina żony, prawda, była zamocowana w jakiś sposób. Ale tak jak w wypadku sportowców często słyszy się, że na przykład tam jakiś tam kolarz z tej Kolumbii jest znakomity, wygrywa i jeszcze tam się dodaje, ponieważ do szkoły na rowerze musiał jeździć, prawda, pod górę powiedzmy, w związku z tym z takim znakomitym góralem wśród tych kolarzy, to zona też miała pod górę. W jakiś sposób film nas rozdzielał w tym czasie, ponieważ żona musi robiąc dekoracje żona musi być krok dalej, prawda, że kiedy reżyser będzie mógł zająć się tamtą sceną, no to musi już być gotowa dekoracja.
Natomiast żona właściwie na etapie, jak scenariusz pisałem, znaczy przeważnie jak był wydrukowany już to tego, mówiła mi czy jej się to podoba, czy nie i co się jej nie podoba. Czasami nie zgadzaliśmy się, dlatego że pewna scena, czy albo znaczenie sceny. Ja czegoś innego się spodziewałem po tej scenie, a w ocenie żony to było no po prostu inne spojrzenie na tę sprawę. Ale w wielu wypadkach najpierw upierałem się, a później przyznawałem rację. Pilnowała bardzo rzetelności. Żeby pod względem prawdy życiowej, również prawdy jakiejś materialnej tego środowiska, w którym to się rozgrywa. Zawsze, ponieważ no dekoracja wnętrz tworzy się przeważnie z przedmiotów pożyczonych od tego, od ludzi. No żona miała niesamowite kontakty dotyczące, nie wiem, potrzebna jest waga w sklepie. No to żona w zeszycie już miała tam pięćdziesiąt adresów właśnie ludzi, którzy mieli ciekawą taką wagę, prawda. A już podczas tych takich skupów, które towarzyszyły zawsze postawaniu nowego filmu, no to tego, to właściwie potrafiła nie tylko kupić to co ludzie tam przynieśli. Tylko jeszcze zdobywała wiadomości co w domu oni mają, prawda. I później, po takim skupie jeszcze wsiadała w samochód i jechała właśnie do domu. ,,A pan mówił, że tego, że ma pan wprawdzie popsuty, ale ciekawy zegar”.
To jej nie imponowały takie rzeczy, jak zegary. Raczej bardziej wycieniowane miała gust, właśnie. Jakiś talerz, prawda, jakaś łyżka, jakaś taka, nie wiadomo po co narzuta, gdzieś tam na krześle. Te rzeczy były dla niej tymi najwięcej mówiącymi. Jeśli tylko, a ponieważ no film to jest rozciągnięte właściwie na rok, na dwa, prawda, to dało się zaplanować, że tamtego filmu nie bierze, mimo że miała propozycje. Bo by to kolizja jakichś terminów. Coś w tym rodzaju. Jeden film chyba, w tej chwili przypominam sobie, z teatrów również niewiele bez żony było. Zresztą no żona też chciała ze mną pracować. Dlatego, nie dlatego że byłem mężem i wyrażałem zgodę na jakieś jej koncepty. Ale wiedziała, że mamy absolutnie podobne skale wartości. Po co ten film. Zaczynając od tego po co jest robiony. Poprzez właśnie jakieś tam detale w scenach i tak dalej. Bo ja również właśnie ceniłem to co ona. Czyli nie pchanie się z oczywistościami. Tylko im cichszy jest głos takiego przedmiotu, czy kostiumu., prawda, to lepiej, bo on będzie dłużej, prawda, słyszalny. Nie jest krzykiem. Jest cicho tam wyartykułowany, ale swoje mówi. Byliśmy oddzieleni po prostu ludźmi i tylko, jak mówię ceniliśmy obydwoje, właśnie, te, trzeba przyznać, że tego bardzo indywidualne wartości.
Często mówię o znakomitych twórcach, prawda, ale którzy wolą operować, lubią, a nawet innych nie dostrzegają, tylko właśnie poprzez używanie mocnych fabuł, mocnych wnętrz, że tak powiem kostiumów, mocną taką charakteryzacje epoki. No nawet, przecież są takie, oprócz tego co reżyser uczy się w szkole, nazwijmy uczy, znaczy jakoś tam słyszy. To są przecież to są te bardzo sprawdzające się pewne takie ukierunkowania, na przykład mówiło się w ten sposób, że tego, a bo jakiś tam wojskowy gra, a tego ,,A słuchaj ten właśnie wojskowy to w jakim stopniu jest?” ,,Porucznik!” ,,Nie, zrób kapitana, bo kapitan będzie bardziej widoczny i jego sprawa, mimo że ta sama sprawa co tego porucznika to jako kapitana będzie ważniejsza”. I w zależności od kierownika zespołu tak było, że porucznika na kapitana, ale inny od razu by pułkownik ,,Zrób pułkownika, wiesz mundur będzie ten sam, a mamy pułkownika w filmie. I jak będzie streszczenie, że wtedy pułkownik.
Także są takie właśnie, nie wiem czy jeszcze, żeby, po tego, grubszą literą, tłuściejszą, prawda artykułować wszystko. I później mamy wszystko tłustym drukiem, prawda. A tu przecież życie ma tyle tych odcieni. Teraz tu patrzę, zielone liście, żółte liście, ale i mnóstwo innych odcieni. To jest strasznie trudna sprawa, bo oczywiście pozostała do końca właśnie sobą. Ale ta przemocowość, choroby prawda, sprawia, że tego, że wszystko właściwie co jest z tym związane to jest taka traumą, że trudno czasami po prostu w jaki sposób chcę oderwać się. Znaczy, bo jakiś drobiazg tam przychodzi, prawda, do głowy. Także to to jest, zresztą nie jestem jakimś wyjątkiem, po prostu w odniesieniu do pewnych osób, a szczególnie w tym wypadku. Bo przecież to było siedem lat choroby. To, po prostu ciągle nie wierzę w to wszystko. Balbina to była w Wytwórni. No dla mnie była Lilką, prawda. Ale ponieważ ona wyjątkowo kochała rodziców, cos takiego było, co się daje zamknąć słowach. Mianowice tak wdzięczność niesamowita dla tych rodziców, którzy w tych latach strasznej wojny, tego wszystkiego potrafili właśnie ochronić te dwie dziewczyneczki, prawda.
Także wdzięczność za to u niej była, bo to taka no, wydaje się, wdzięczność każdego kto byłby na jej miejscu, prawda. Ale w jej wypadku ta wdzięczność była niesamowita. Nigdy zresztą nie mówiła w ten sposób. To jest takie moje wysądowanie tego skąd to się brało. To że ona żyła, to uważała, że to jest zasługa rodziców. A tak naprawdę, to przecież również jakby no życie pomagało. Bo kiedy płynęli tym statkiem to ojciec na te bomby pływające nie miał takiego wpływu, prawda? W przestrzeni jest coś takiego, że no ,,Balbina”, ,,Balbinka”, no właśnie, coś, ktoś bardzo sympatyczny, prawda. Prawdopodobnie tak sobie ktoś wykoncypował, a to się jakoś przyjęło. Także pracownicy i wszyscy, którzy wiedzieli z panią Balbiną pracują. Ale ,,Albinoczka” też używałem.
