Przejdź do treści

Rozmowa z Aleksandrem Wańkowskim i Jackiem Wróblewiczem

    Jacek Wróblewicz: Nazywam się Jacek Wróblewicz, jestem byłym pracownikiem nieistniejącej łódzkiej Wytwórni Filmów. Byłem oświetlaczem, potem mistrzem oświetlenia, aż do upadku Wytwórni, likwidacji. Pracę zacząłem w 75 roku’. Był to absolutny przypadek, że tam trafiłem.

    Anna Michalska: Dobrze, Alek.

    Aleksander Wańskowski: ??? Nazywam się Aleksander Wańskowski, byłem rekwizytorem w Wytwórni. Tez trafiłem przypadkiem, bo kolega mnie namówił. Trochę później niż kolega, od 78’ roku. De facto też do rozsypania się Wytwórni, a potem już prywatnie, każdy tam po kolei zakładał jakiś swój geszeft filmowy, żeby robić to co się lubi i co się umie. Bo nie było tych zawodów w pewnym momencie zupełnie. A jakoś, jakoś tak z czasem to się wszystko ubiło. Bo najgorsze były te lata pierwsze, takie 90., a potem trochę pieniędzy w filmie się znalazło, taka zapaść …odkopaliśmy się można powiedzieć. No i tyle.

    AM: Jak wyglądała Wytwórnia w tym okresie, kiedy zaczęliście pracę? Samo miejsce. To było takie miasteczko filmowe? Jak wyglądały hale? Co najbardziej Was uderzyło, jakbyście się wrócili się pamięcią do pierwszej wizyty w Wytwórni? Panie Jacku.

    JW: Na pewno robiło to wrażenie, bo jakby produkcja szła właściwie…  równolegle trzy, cztery filmy powstawały. No wiadomo, część była na hali, część w plenerze,  ale właściwie hale było non stop zajęte. Często była taka śmieszna, zabawna sytuacja na stołówce. Tak jak w ,,Misiu” widzimy Barei, że w kolejce do śniadania, po obiad stał gestapowiec, stał rycerz, stał ktoś ze średniowiecza i tak było u nas naprawdę. Hale były non stop zajęte. Postawały wspaniałe dekoracje, po prostu w tamtych czasach, kiedy nic nie było, było tylko drewno, juta, gips, nie tak jak dzisiaj, że…

    AW: Można wydrukować dekorację.

    JW: Można wydrukować, no cuda można dzisiaj robić, prawda. A wtedy jednak to wszystko było ręczna robota. To koledzy z makieciarni, stolarze, wszystkie tynki, to wszystko była ręczna robota. I takie dekoracje powstawały…

    AW: Jak buty na podwórku tutaj w muzeum.

    JW: … na film, powiedzmy na grubo miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć. I tam cały czas była praca. Potem my wchodziliśmy z oświetlenia, uzbrajaliśmy te dekoracje w nasze lampy, w żyrandole, które wisiały u góry. No a potem były zdjęcia.

    AW: Wejdę Ci w słowo Jacku. Jedna sprawa właśnie, oni mieli, widzisz, okres przygotowawczy wtedy dla światła. To było około miesiąca. Gdzie oni dostawali…

    JW: Nie, tydzień. Samo zbrojenie hali…

    AW: Powiedzmy. Dobrze. Ty mówisz o samej pracy. Dostawaliście zamówienie, jakie lampy, co trzeba, bo niektóre rzeczy musieli z magazynu wyciągnąć, na przykład spirytus do mycia lamp.

    JW: Żarówek wyładowczych.  

    AW: Żarówek. Bardzo te żarówki pragnęły tego spirytusu. W każdym razie, my jako scenografia, mieliśmy okres przygotowawczy, no właśnie takiego kostiumowego filmu to co najmniej trzy miesiące. Ja robiąc Dyzmę, obok mnie robili koledzy przygotowania do ,,Starościca Wolskiego”, to robili pół roku wcześniej beczki, wanny, jakieś takie drewniane i to wszystko ściągali do magazynów, do rekwizytów. Myśmy się tylko dziwili, że oni maja tyle czasu do zdjęć i już to ściągają. Ale to niestety inaczej się nie dało. Także tak to wyglądało. A potem rzeczywiście zbroiliśmy hale w meble. No wiadomo sztukatorzy malowali i tak dalej. Po czym wchodziło światełko, a na końcu wchodził operator i mówił ,,Proszę to zmienić”.

    JW: Właśnie taka lampa jak stoi za mną, to jest 10 kilowatów starego typu, poniemiecka lampa. No to w dekoracji, w jednym pomieszczeniu, takich lamp potrafiliśmy na pomostach umieścić dwadzieścia, trzydzieści. Także…

    AW: I nie trzeba było w zimie hali ogrzewać.

    JW: No nie trzeba było. Temperatura była około 30 stopni. A jeszcze dochodziły łuki, czyli takie lampy, które świeciły tak, jak spawanie. Czyli masa dymu była, gorące elektrody. No tak to wyglądało, to do jednego pomieszczenia. Jakieś takie pomieszczenia jakieś pałacowe, no to wiadomo, że tych lamp automatycznie było tyle razy więcej ile tych pomieszczeń.

    AW: Zgadza się.

    AM: Jak liczny był ten zespół, do którego pan trafił?

    JW: Taka ekipa oświetleniowa, no w zależności od filmu, ale przeważnie z mistrzem, no kiedyś to się główny oświetlacz nazywał, z takim minimum to było pięć osób. No wiadomo, że jeżeli film był jakiś poważniejszy, no to dużo więcej światła, to, to i siedem, osiem.

    JW: No po prostu ten sprzęt był taki. Kiedyś to wszystko było bardziej toporne. Może było mniej lamp…

    AW: Przede wszystkim ciężkie to było.

    JW: Wszystkie to było ciężkie. Samo zasilanie było. Dzisiaj taka lampa właśnie, jak mówiłem, ta która za mną stoi to jest dziesięć kilowatów, to dzisiejsza jest, nie wiem,  cztery razy mniejsza od tej, a taka sama moc. I jest oczywiście dużo bardziej wydajna niż stara.

    AW: Same statywy mieliście takie ciężkie…

    JW: Samo zasilanie, przecież…

    AW: Samochód siadał.

    JW: 300, 400 kilowatów mocy było potrzebne, żeby… A czasami jeszcze z innej hali się wspomagaliśmy, czasami i agregat jeszcze dodatkowo, bo było mało. No wszystko zależało od rodzaju dekoracji.

    AW: Albo w Zakopanem z Czech jeszcze …

    JW: No kiedyś się dużo świeciło. Musiał być duży poziom, wysoki poziom. Chodziło o głębie ostrości. No ta taśma też nie była doskonała, wiadomo no. Każdy chciał mieć jakiś zapas naświetlenia.

    AW: Jacku, a pamiętasz taki film, jak żeśmy oświetlali Małe Ciche pod Zakopanem? W nocy?  Co musiałeś z Czech, Polima??? przyjechała?

    JW: ,,Wschodni wiatr” to był.

    AW: Malcolm McDowell zresztą grał w tym filmie. Było za mało agregatów, jak się okazało. W Polsce, bo były chyba dwa, albo trzy najmocniejsze. A ponieważ był operator holenderski i postanowił dziesięć hektarów lasu oświetlić, bo myśmy mieli kolumnę własowców, która przemaszerowuje w nocy przez, wyłamują szlabany, gdzieś tam przechodzą, nieważne. Jeden dubel trwał dwie godziny, bo oni musieli zawrócić z kolumna i pojazdami, a to wszystko świeciło. Oni stali, akurat Jacek przy tym był, dlatego to wspominam, oni stali na dziesięć metrów nad ziemią, na rusztowaniach z lampami. Nie można było zejść. Ale pampersy dostali. Wytrzymały…

    JW: Ciężko było, bo to było wtedy nie dość, że błoto jeszcze specjalnie polewane….

    AW: No. Myśmy wyglądali wszyscy po tym…

    JW: Górska droga, błoto. Jeszcze polewane, żeby to wszystko…

    AW: A później i tak deszcz spadł.

    JW: A potem.. no właśnie. A tam też rozciągnięty plan był, bo to chyba…

    AW: Kilometrowa kolumna wojska przechodziła przed kamerą. Także…

    JW: To wszystko nocne zdjęcia.

    AW: Wszystko nocne zdjęcia i rzeczywiście brakło światła po stornie polskiej. Z Czech ściągnęli najsilniejszy agregat jaki Czesi mogli nam dać wtedy. Ja tyle wiem o świetle to powiedziałem.

    JW: Ale przetrwaliśmy jakoś.

    AW: No przetrwaliśmy. Myśmy po zdjęciach prędzej rozebrali budynek strażników z wszystkimi detalami, z meblami i tak dale i ten cały budyneczek, który tam stał, niż oni to światło pozbierali.

    AW: Myśmy przyjechali do bazy i szef produkcji się ze mną założył, nie pamiętam o co już, że oświetlacze przyjadą o szóstej rano. Ja powiedziałem, że będą za godzinę. I minęło pięćdziesiąt pięć minut, kolega, nie powiem, który, bo z jego ekipy, wszedł taki morus, brązowy od błota, z kablem na ramieniu, rzucił ten kabel i mówi ,,PIWA!”.

    JW: Także trudno było znaleźć kable, bo wszystko było w tym błocie.  

    AW: No.

    JW: Jak wojsko przechodziło, to jakby zakopywało to jeszcze.

    AW: Wgniatali to.

    JW: Horror to był. No nieraz tak jest. No nie wszystkie film są w pałacach po prostu.

    AW: No niezły film w sumie.

    JW: Taka praca.

    AM: Dużo przygód.

    JW: No na pewno, bo każdy film jest inny, w innym składzie, raz było lepiej, raz gorzej. Bo to nie znaczy, że zawsze było słodko. Bo te filmy to się jak wojsko wspomina. Wojsko się wspomina raczej z humorem. A nie zawsze tak było.

    AW: Te najlepsze rzeczy.

    JW: Nie raz było, że niechętnie się szło do jakiegoś filmu, bo wiadomo.

    AW: My się spotykaliśmy, powiedzmy co jakiś czas, z Jackiem zresztą też. Jeden film zrobiliśmy, potem się mijaliśmy w Wytwórni ,,Cześć”, ,,Cześć’, a potem ,,To ty te jesteś w tym filmie? Super!”, albo było na zasadzie takiej ,,O matko, znowu ty!”.

    JW: Tak, no wiadomo, że jak operator to dobierał sobie ludzi, których znał.

    AW: Sprawdzonych.

    JW: Po waszej stronie scenograf dobierał.

    AW: Scenograf tak.

    JW: No wiadomo, reżyser swój pion.

    AW: Nie, scenografowi to my dobieraliśmy. A nie o tym mówię.

    JW: Także się trafiało na tych samych ludzi i czasami nie. A zawsze była ta rotacja. Nie tak jak na miejscu i to na pewno był duży plus tej pracy. Bo czasami ludzie też no i czterdzieści lat pracują w tym samym składzie i  w tym samym składzie jeżdżą do ośrodków czasowych. No i my mieliśmy to szczęście, że u nas te zmiany były cały czas.

    AW: ???? rybackie. I to też tak. Pieniądze nie zawsze były duże, ale to może jakoś tak rekompensowało.

    JW: No ogólnie nie było źle.

    AW: Jedna rzecz była fajna wtedy za komuny, jeśli chodzi o pieniądze. Dlatego, że wtedy było mniej więcej uczciwie postawiona sprawa. Producent po filmie walczył o zwyżkę. Jak robiliśmy normalną fabułę, zrobiliśmy ją, to wyglądało, że trzeba zrobić… no był stopień trudności, błoto, to tamto, tamto to siamto. Już przy kostiumowym, to już wiadomo, że już punkty wyżej.

    AW: No i myśmy, na przykład, było tak, że zapominaliśmy o filmie. Już zrobiliśmy, mięło tam pół roku i telefon od produkcji, właśnie tej starej ,,Idźcie do kasy, zwyżkę dostaliśmy”. I mi wytłumaczył jeden z producentów ten mechanizm. Mówi: ,,Słuchaj, dostajemy 50% zwyżki to wy tez dostajecie 50% zwyżki. Ja ma o co walczyć, wy dostajecie połowę umowy.” Tak z dnia na dzień pyk. To była ładna premia wtedy, prawda? 

    JW: U nas trochę inaczej to wyglądało.

    AW: No u was trochę inaczej, bo to…

    JW: Generalnie pracownicy pracujący na miejscu, stacjonarnie, czyli biura. Ci mieli premie z każdego filmu, nawet nie wiedzieli z jakiego filmu dostawali. A my tylko z tych, które…przy których współpracowaliśmy.

    AW: Mieliśmy takie panie. Taka pani, wiem, że twoja ulubienica, która nigdy w życiu nie była na palnie. I jak myśmy jechali, na przykład w plener, gdzieś tam nad morze, mogła być zima, czy góry, czy coś. ,,Wy to macie fajnie, wy se tam odpoczywacie i tego”. Jak ich kiedyś wystroiła pani, bo wypisała im kożuchy z magazynu to wyglądali. Szwed to zdjęcie dał. Sznurkami poobwiązywali takie jutowe jakieś. No wyglądali jak chłopi pańszczyźniani, jak przyjechali.

    JW: Część moich znajomych jak zobaczyła to zdjęcie, jak my stoimy. Akurat moja grupa oświetleniowa, dosłownie stoimy sznurkami powiązanymi, bo te kożuchy były dość obszerne.

    AW: Kożuch, ale pokryty takim niebieskim drelichem.

    JW: Bo to się pelisa nazywała. Pelisa chyba.

    AW: Tak, to była pelisa!

    JW: Ona myślała, że my jesteśmy nagonka ze wsi, że statyści, że jesteśmy statystami.

    AW: Ale tak wyglądali!

    JW: Statystami gotowymi do zdjęć i nagonka ze wsi.

    AW: Chłopcy z czworaków.

    AM: Poczekajcie. Musicie mi uporządkować. Bo to co rozumiem.

    AW: To se przemontujecie.

    AM: To było tak, że jak się wyjeżdżało w plener to było ubranie służbowe.

    AW i JW: Tak.

    AM: Ale ja jeszcze chciałam się dowiedzieć czegoś o tym, jak pracował w ogóle taki zespół oświetlaczy. Przychodziło się do pracy na którą, w jakim trybie, jakie były relacje w zespole, mistrz i pracownicy?

    JW: My pracowaliśmy 08:00 – 16:00. Od 08:00 do 16:00 stacjonarnie, na terenie Wytwórni. Oczywiście jeżeli nie było zdjęć to wtedy byliśmy na warsztacie, czyli konserwacja sprzętu. A jeżeli byliśmy przy zdjęciach to występowały nadgodzinny, czyli wtedy, w zależności od obiektu,. Zdjęcia były też popołudniowe, czyli na drugą zmianę.

    AW: Zamiejscowe.

    JW: Na trzecią, nocne.

    AW: Tak.

    JW: I plus nadgodziny jakieś tam dwie, trzy dziennie.

    JW: No tak. Zawsze wypisywało się takie raporty godzinowe, ile godzin pracowaliśmy. I ja kiedyś wypisałem raport, nie będę mówił przy jakim to było filmie, w każdym razie, pan reżyser nie żyje, uznany. I ja przyniosłem raport, który był… godziny były napisane w ten sposób, że 08:00 początek pracy, 08:00 koniec pracy. I nasza dysponentka, też nie żyjąca, bo właściwie to już prawie wszyscy nie żyją, zawołała mnie przez interkom ,,Panie Jacku, pan się pomylił”, ja mówię ,,Nie pomyliłem się”. No i była afera, podejrzewam, że było to przegięcie pod każdym względem.

    AW: Bo nie wolno było tyle.

    JW: Dodam jeszcze, że to były zdjęcia w skansenie na południu Polski, zimą. Śnieg był dosłownie do pasa.  Bo skansen zimą nieczynny. Dosłownie do pasa był śnieg.

    AW: Odpoczywaliście.

    JW: Operator, też nie żyjący, też uznany. I tak wyglądał raport właśnie. Ja myślę, że to potem, zostało przekręcone i rozpisane w inny sposób.

    AW: Oni po prostu się wstydzili, że tak długo mogą ludzie pracować.

    JW: Żadnego cateringu. Catering stołowy.

    AW: Catering nie, zupa z wkładką. Oj bardzo przepraszam, Jacek, nie oszukuj.

    JW: Ale zupa z wkładką ?????

    AW: Kto zjadł wkładkę? Bo nazwiska mogę podać.

    JW: Zupa z termosu wyglądała w ten sposób, że pierwszy się oparzył, a ostatni miał odmrożone usta.

    AW: A ostatni jadł zimną. Ta.

    JW: Zimą. Bo to był termos…

    AW: W baniaku takim aluminiowym, wielkim garze, przywożono zupę. Tak zwana wkładka do zupy, to były wyliczone ilość sztuk. I to Bareja przecież stąd wziął tą ostania paróweczkę i jeszcze parę fajnych rzeczy. Bo to jakby takie spotęgowany numer, że wszystko fajnie ,,Kurczę, brakuje jednej porcji!”, ,,Naprawdę?’. No, tak to wyglądało.

    AM: A co było najfajniejszego w tej pracy? Co sprawia, że obaj zostaliście od początku, od tych lat 70., aż do upadku Wytwórni. 

    JW: No jednak ta praca się różniła od fabryki gwoździ, na przykład. No ciekawsza i…

    AW: Ta praca to była przygoda, krótko mówiąc.

    JW: … i trochę takiego wielkiego świata też trochę. W większości to było jednak przyjemnie no.

    AW: To ja może powiem w ten sposób.

    JW: Po prostu przyjemnie. Zawsze się coś działo. A to tak, jak u Barei, przepraszam, że czy ten kot może szczekać. Może niedosłownie, ale tak było. I to właśnie też jakoś tak uatrakcyjniało. Na pewno uatrakcyjniało tę pracę.

    AW: Ja przy jednym filmie miałem taki tekst od reżysera ,,No niech mi ta krowa coś zagra”, ja mówię ,, To ja jadę po fortepian, bo…”. Sam pan reżyser wybierał krowę, która miała grać w tym filmie. Ja byłem bezsilny w takiej sytuacji.

    JW: W tej chwili ja też nie jestem wstanie sobie przypomnieć, ale takie teksty, jak ten właśnie ,,Czy konie mnie słyszą?”.

    AW: Tak, to nie jest wymyślone.

    JW: Takich rzeczy było. Z każdego filmu była jakaś anegdotka. Z każdego, tylko jakoś w tej chwili trudno mi coś…

    AW: Przecież film ,,Nic śmiesznego” Koterskiego, skład się z samych prawdziwych historii, które Koterski zebrał po Wytwórni. Znam nazwisko pirotechnika, który wywalił ten pociąg.

    AM: Most.

    JW: Most.

    AW: Tak, ale to chodziło głównie o zdjęcia spadającego pociągu. I dobrze, że była wtedy na próbę kamera włączona, bo on po prostu pokazał. No i to był jedyny dubel.

    JW: Z tym dymem, że ???  ,,W lewo, w prawo”. Wiadomo, w pewnym momencie dym był dobry, to operator wtedy w krótkich słowach ,,Wy…”, żeby nie był w kadrze, żeby można była zrobić, bo wiadomo wiatr był to to od razu…

    AW: ,,SSSSS z kadru!”

    JW:,,Z kadru!”. Właśnie.

     AW: ,,SSSSS z kadru!”

    JW: ,,Wyjdź z kadru”. Wiatr był, to wiadomo, że ten dym był tylko przez moment. Poza tym wiatr też się zmieniał. Także z dymem zawsze była walka, z materią.

    AM: A czy była jakaś rywalizacja między poszczególnymi pionami? No bo każdy jakby miał swoje cele. Co innego robiły rekwizyty i scenografia, co innego robił dział operatorski. Czy to się zdarzało, czy raczej myśleliście o tym, że to wspólne dobro, realizacja filmu. Jak to wyglądało?

    AW: Nawet o tym nie myśleliśmy, że wspólne dobro. Tylko, de facto, byłem przy paru takich sytuacjach, gdzie i pion, na przykład, oświetleniowy ratował moje rzeczy, a ja z kolei pomagałem świetlikom przy sytuacji…Mieliśmy taka sytuację, że na przykład, w otwartym polu jesteśmy, zdjęcia przy jakiejś stodole, nad nami ma przelecieć helikopter, który jest filmowany. Wszystko było fajnie dopóki helikopter nie zniżył lotu i statywy z lampami zaczęły odjeżdżać. I myśmy się rzucili po dwóch na statyw. Ja chłopaków też swoich wrzuciłem. No bo świetlików było czterech, to oni mogli dwa statywy obstawić. A statywów chyba z sześć było i myśmy się na to rzucili, żeby to obciążyć, bo te obciążniki nie dawały rady. Zresztą pół dekoracji nam zmiotło. I tak trzeba było dubel robić. Ale światła uratowaliśmy, przecież te lampy były chol…się rozsypały.

    AW:  Dawaliśmy na plan jakąś lampę, która była bardzo stara, wszystko miała oryginalne , każdy kawałeczek tej lampy to był antyk. Miała jakiś klosz, który miał odpowiednią wytrzymałość i nie można było wsadzić lampy – żarówy, takiej jaką chłopcy, bo to po pewnym czasie po prostu zrobiłoby ,,tink!” i by się rozsypał. Też namawialiśmy się po cichu. Tam operator czasem coś mówił ,,Wiecie, ale tu większe mi coś wsadźcie”, ,,Dobrze, dobrze, właśnie dokładamy”, ,,O teraz dobrze”, trzeci raz tę sama żarówkę. Jak się wkręci to ona musi być dobra.

    JW: Tak, bo kiedyś taśma była mniej czuła i wszystkie efekty, takie jak zapalanie papierosa, zdjęcia przy świeczce, musiały być zwielokrotnione przez sztuczne światło, bo [naturalne] było za słabe. Dzisiaj taśma jest taka, że można przy samych, no prawie, przy samych świeczkach robić film już.

    AW:  Po ciemku można robić.

    JW: Ale kiedyś to było absolutnie niemożliwe. Kiedyś aktorzy, nie wiem, może nie każdy zwraca na to uwagę, ale w filmach z lata 70. – 80, jak aktor szedł z latarką, nie ma znaczenia, czy z latarką na naftę, czy latarka elektryczną. Wiemy, jakie były latarki wtedy.

    AW: Zanim było ciemno i nie było widać tego kabla, który mu do rękawa wchodził.

    JW: Jak aktor tą latarkę miał w jednym ujęciu, to nigdy jej nie odstawiał. Zawsze do końca ujęcia miał ją w ręku. A to dlatego, bo tam była żarówka, a kabel szedł przez rękaw, tu noga przez spodnie i on ten kabel ciągnął za sobą. Po prostu. I dopiero w następnym ujęciu, jeżeli aktor odstawiał tą latarkę, to wiadomo, że musieliśmy go nie tyle…

    AW: Cięcie!

    JW:… rozbroić z tego kabla, inaczej przełożyć ten kabel, żeby latarka mogła stać osobno. Ludzie na to nie zwracają uwagi. To jest tak śmieszne czasami.

    AW: Ale o to chodziło, żeby tego nikt nie zauważył właśnie. Na tym to polegało.

    JW: Nawet na siłę. Wszystko robił żeby normlany człowiek…

    AW: Poza tym aktorzy byli nawet zadowoleni, bo ja słyszałem taki tekst właśnie, przy tego typu zdjęciach, że aktor doszedł  do końca i mówi ,,O, teraz to ja wiem gdzie mam stanąć”. Bo tak to zawsze tu, kreska na podłodze, coś tam tego. Po ciemku, jak z latarką to może nie zobaczyć. ,,Ale wiem gdzie mam stanąć, bo mam opór. Tak?”. 

    AM: Tak, jak opowiadacie, to wygląda na to, że u pana Jacka, to nastąpiła totalna rewolucja techniczna. Bo u ciebie Alku, nie ma takiego problemu?

    AW: Nie, raczej nie. U mnie to był tylko jeden problem, że tak jak wspomniałem, przyszedłem w 78’ roku do tej pracy.

    AW: Kolega mnie zresztą namówił, który wtedy już pracował, jako księgowy przy filmie. I mówi ,,Ty nie umiesz na tyłku usiedzieć, to tutaj jest cos dla Ciebie”. Poszedłem do kierownika działu, który mnie wtedy przyjmował. Były chyby trzy, czy cztery etaty. Trzech nas chyba przyjęli wtedy. I zaczął rozmowę od tego, że żeby być rekwizytorem to właściwie nic nie trzeba umieć. Ja mówię ,,No to ciekawa praca to musi być”, ,,Nie, wie pan, bo to tylko trochę trzeba się znać na tym, na meblach, ale to wszystko panu scenograf powie”. Ja mówię ,,No to fajnie”, ponieważ wcześniej trochę interesowałem się historia sztuki. Zacząłem rozmawiać przy jakiejś tam okazji, z scenografem, bo na początku to były praktyki, tak na dwa dni, do tego by pomóc. Jako pomocnik przy noszeniu gratów. No proszę bardzo. Otrzaskanie się na planie. To jest bardzo dobre, bo człowiek wie, że się nie bierze rekwizytu i się przechodzi przed kamera, bo tu jest aktor i coś mówi. A widziałem takie przypadki przy paru filmach. Jakieś takiej ogłady nabrałem. Po czym zacząłem też się interesować. Jak wszedłem w kostiumowe filmy to już w ogóle wsiąkłem, krótko mówiąc. Nauczyłem się pewnych rzeczy, nauczyłem się nawet niektórych rzemieślników rozpoznawać. Jak się chce to można. Po za tym to jest fajna, ciekawa robota. Tylko najgorsze są, prawdę mówiąc, z mojego punktu widzenia, to seriale współczesne. Przykro mi.

    JW: To taka monotonia, prawda?

    AW: Ta. To jest taka fabryka. 

    JW: Prawie codziennie to samo. Tak można powiedzieć. Zwłaszcza takie tasiemce.

    AW: Pracowałem z kolegami oświetlaczami, co robią taki serial w Warszawie, który tam nasz kolega Jurek robił…

    JW: Do tej pory leci ten serial.

    AW: Leci do tej pory i chyba piętnaście lat. Oni się tam wszyscy znają.

    JW: W jedynej słusznej telewizji.

    AW: Oni są zmęczeni swoja obecnością po prostu. Jak myśmy się spotkali przy innym filmie, bo oni mieli przerwę to oni takie elfiki byli. Tak się cieszyli ,,O matko, nareszcie jesteśmy gdzie, coś się zmieniło”. Bo tak to rzeczywiście, taka fabryka gwoździ się robi.

    JW: Alek masz rację, bo ja pamiętam, że też parę seriali, też przy paru byłem. Taki serial trwał, na przykład, trzy miesiące, pół roku. ,,Zaklęty dwór” to prawie cały rok trwał.

    AW: Ale ,,Zaklęty dwór” to był o czymś, było dużo plenerów. Nie że cztery wnętrza i gadające głowy…

    JW: Tak, ale jak się film skończył, to jaka ulga była. Bo już wszyscy mieli… Bo normlany film to trwał, powiedzmy około trzech miesięcy. No to jak tutaj nagle dziewięć, czy ileś, ,,Uff” takie było – wystarczy.

    AW: Trzeba być jakby przyzwyczajonym psychicznie do tego, że się będzie pracowało przy filmie  rok, dwa, pięć. Ja znam takich kolegów, bardzo fajnych, którzy są rekwizytorami przy serialach, które trwają już ileś tam lat. Ale to są koszty. Bo oni wypadli z obiegu. O nich zapomnieli inni scenografowie. Ja mam takiego serdecznego kolegę, który robi bardzo, bardzo tasiemcowy serial. Ja mu powiedziałem ,,No jak ty się nie uwolnisz od tego, to ciebie nie będzie w branży”. Mówię ,,Jedynie cię ratuje twoja wiedza”. Młode wilczki, jak ogłoszenia piszą na stronach, na Facebooku, gdzie znaleźć zeszyt szesnastokartkowy w kratkę, to ja spadam z krzesła. Myśmy musieli w tych czasach, jak telefon był rzadko, mieć swoje adresy do ludzi, którzy MOGĄ nam coś wypożyczyć, ale nie muszą. Wypożyczyć ciekawe rzeczy. Jeździło się, umawialiśmy się, negocjowaliśmy cenę. Bo to wszystko jeszcze musiał podstemplować nasz rzeczoznawca. To nie było tak, że ja sobie wymyśliłem, czy właściciel, że ,,No dobra z kosztu ??? jest sto tysięcy, to dacie mi dziesięć”. Teoretycznie 10% było, ale przy bardzo wysokich cenach no to się negocjowało 5, 3% i tak dalej. Zresztą robiłem film, wtedy co był Robert Enrico, reżyserował. Jak oni zobaczyli co myśmy przywieźli do Zakopanego, to im szczęki opadły. Bo oni przywieźli nawet zegary antyczne zrobione z plastiku. Oni mieli taki sklep swój firmowy. Co potrzebowali, to tam kupowali za grosze i zegary z kukułką plastikowe, które wyglądały bardzo ???????, no ale jak to zobaczył co my, to powiedział, żeby zaplombować z powrotem francuskie kontenery i nie wyjmować tego. Popatrzył i ,,Beautiful” , ,,Świetne”. Im się to nie mieściło w głowie. ,,Jak wy to robicie?”. A ja mówię ,,Bo nie mamy podróbek po prostu”. No nie było szans. To był, który? 92’, czy 1‘, co myśmy to robili?

    JW: No coś takiego.

    AW: To były duże kłopoty, bo teraz to można i obraz wydrukować, przecież. I z fakturą. No ja drukowałem do ,,Czasu honoru” Kossaka. Bo mieliśmy tam scenę, że z lampy wyciągają obraz Kossaka, czy zza pieca. Z pieca! Wyciągają obraz Kossaka zwinięty w rulon. No pomysł był taki, żeby wziąć obraz Kossaka, zwinąć w rulon. Ja mówię ,,Kossak dzwonił, że nie”.

    JW: Ja może coś tu, a propos,  tego co Ty mówisz, że przy wielu filmach, dekoracjach były oryginały. Prawda?

    AW: Taaaa.   

    JW: Czy to zegar, czy obraz, czy meble.

    AW: Lampę trzeba było odsunąć.

    JW: Że kiedyś przy tych lampach, które właśnie bardzo duże ilości ciepła wytwarzały, dekoracje potrafiły się zapalić.

    AW: No.

    JW: I zawsze w czasie zdjęć na hali był obecny strażak. No oczywiście gaśnice itd. Kocami azbestowymi były obtykane dekoracje.

    AW: Tak.

    JW: I tak w sumie, z drugiej strony, to ryzyko było bardzo duże, jeżeli chodzi o …

    AW: Tak, one się bardzo nagrzewały.

    JW: Bo nawet po zakończeniu zdjęć to strażak zostawał chyba godzinę, czy dłużej, żeby obejść dookoła  dekorację, czy jakiegoś zarzewia nie ma…

    AW: Niewolno było, przeprasza, nie wolno było zamknąć hali przez godzinę lub dwie…

    JW: Tak, tak.

    AW: …bo strażak musiał tam być, żeby tam się coś nie zażarzyło.

    JW: Bo często tak się zdarzało, że po prostu lampa świeciła w jedno miejsce, te dekoracje były zrobione z drewna, co prawda było to impregnowane drewno, tak zwane fundusy.

    AW: Ta.

    JW: Ale potrafiło się żarzyć, ono się nie zapaliło ogniem, ale się żarzyło.

    AW: Zaczęło się wędzić po prostu.

    JW: A to wszystko było wysuszone na hali, także no.

    AW: A pytałaś tżz o…

    JW: Raz się zdarzył tam jakiś pożar.

    AW: Mówiliśmy o współpracy. Na przykład pan operator mówi tak ,,Słuchajcie, tu mi dajcie, w róg tej szafy, dajcie mi tę właśnie lampę i tego”, no to oni mówią ,,Dobrze”. Popatrzyliśmy na siebie, ja mówię ,,No chłopcy, jedziemy z tą szafą”. A z kolei, jak był surowy człowiek to mówi ,,Po co wy tą szafę odsuwacie?”. My już wiemy po co! No bo inaczej, wiesz z antyku fornir to ???. Tylko wystarczyło 10 minut i już było do remontu.

    JW: No zdarzało się, że niechcący niestety się czasami coś, a to spadło, a to…

    AW: Tak, ale my…Wiesz, jak się uczciwe rozliczaliśmy z tymi klientami, którzy nam wypożyczali to oni wierzyli, że może być jakiś wypadek, nie na zasadzie takiej tam przykleimy, schowamy i nie powiemy i tak dalej.

    AW: Mieliśmy tutaj tak i tak i tak. ,,Mamy to oddać do renowacji, czy sam pan sobie zrobi?” ,,No nie, to rachunek wam przyślę”. I koniec było tego. Ja byłem bardzo mile zaskoczony, jak wjechałem po dziesięciu latach do Krakowa  z jakimś filmem i zadzwoniłem do ludzi, którzy mi wypożyczali, kiedyś tam się przypomniałem i usłyszałem ,,No proszę pana tak dawno pana nie było, zapraszamy. A zna pan tam jakiegoś…”.

    JW: Tego.

    AW: Na wszelki wypadek powiedziałem, że nie ,,Oj jemu to nigdy!”. No takie rozmowy mieliśmy.

    AM: Ale te lampy, o których pan wspomina to był problem też w lokacjach. Dlatego, że jak u nas była ekipa Wajdy i robiła zdjęcia pałacu w ,,Ziemi obiecanej” to pękło lustro belgijskie. Właśnie przez…

    JW: Mogło tak się zdarzyć.

    AW: Pękło?

    AM: Pękło.

    JW: Pamiętam, że na Piotrkowskiej był taki sklep fotograficzny, już nie istnieje, tu mniej więcej, naprzeciwko Szpanerskiego, i tam zostawiliśmy taka lampę 15 kilowatów i pękła szyba wystawowa. No to w tamtych czasach, sobie wyobraźcie to…

    AW: No im grubsze szkło było tym łatwiej pękało wtedy.

    JW: A to był jeszcze październik, także chłodno na dworze. Październik, listopad – coś takiego. Chłodno na dworze, a tu nagle taka ilość ciepła. Taka ,,pyk” kreska poszła. Oczywiście dla produkcji to był obłęd jakiś wtedy, no wiadomo. No ekstra wydatek. No bo dzisiaj to są takie folie ochronne, które można przed lampę założyć. No i ona gdzieś 40, 50 % ciepła zatrzymuje. Ale i tak trzeba uważać. Bo to też nie znaczy, że… no takie pękające szyby się często no niestety zdarzały. Raz się udało, raz się nie udało. No bo też operator chciał, że by mocniej, żeby bliżej ta lampa. Także i kit potrafił się wytopić z okien. No ale czasami jak wysoko ten kit był to nikt tego nie zauważył oprócz nas. No to tak nie ze złości, ano po prostu.

    AW: Ja kiedyś temu Krzysiowi Ptakowi powiedziałem, że zaraz go kopnę w kamerę. Mieliśmy obiekt, w którym powinna wisieć ampla, taka piękna, jak najpiękniejsza, a ponieważ byliśmy w okolicach Ełku to mieliśmy takie rozeznanie, że najlepiej to spytać księdza, albo płotkarzy  miejscowych.

    AW: No i dowiedzieliśmy się, że jedna pani ma ciocię, która de facto w domu nie ma nic, ale ma lampę, amplę po pradziadkach. Taką piękną. Ja mówię ,,No matko, pewnie się uda”, bo ona mówi ,,Ona wam nie pożyczy”. Ubłagaliśmy jakimś sposobem, już nie pamiętam, ale ta pani nam pożyczyła. Wsadziliśmy ją w dekorację. Przyszedł reżyser, scenograf też przyszedł wcześniej ,,O matko, ale coś pięknego’. Dobra, mamy to! Wchodzi Krzysio i tak patrzy. ,,Wiecie co chłopaki? Wkręcicie mi tutaj żaróweczkę 250”. A ja wiedziałem, że jak tam ampla się rozgrzeje; Jezu, przypomnę sobie z czego był no; to ona pęknie już do 200, powyżej tam 100, czy 90 stopni niech ona będzie to to rąbnie ino mig. A wiadomo, że oprawka dotyka do tego i się oprawka też nagrzewa. Ja mówię ,,Krzysiu, jak mi ta ampla pęknie to ja ci odwalę, zobaczysz”. Mówi ,,No wiesz, ale ja muszę, bo ja tego”. To umówiliśmy się tak, że próby były bez światła, w tej ampli, ja stałem przy kontakcie i jak powiedział ,,Robimy” to ja włączałem, jak powiedział ,,Stop” to gasiłem. Ja to mówię, samo ujęcie to trwa minutę, dwie. Jakby ktoś po prostu nie pilnował to by się rozgrzało. Krzysiek oczywiście co spuentował ,,No i co? Chyba wiesz, jak dziękować?” później, że nie potłukł.

    JW: Może jeszcze dodałbym, że właśnie, kiedyś do takich efektów lamp wiszących, żyrandoli, stojących to wkręcaliśmy żarówki 250 vat i ona dopiero, w miarę, dawała efekt świecącego światła. Nie tak, jak dzisiaj, że 40 wystarczy, można jeszcze mniejszą. 250 potrafiła takie klosze papierowe po prostu spalić. 

    AW: Nie mówiąc o tym, że żarówki same pękały.

    JW: A jeszcze jeżeli to jakiś antyk był, no to wiadomo. Ryzyko zawsze było. W większości się udawało.

    AW: Ja pamiętam takie sceny…

    AM: A jak sobie radziliście z prądem jeszcze?

    JW: Agregat.

    AW: Agregaty zawsze.

    JW: Tak, tak. No przy tamtych. Dzisiaj można bez, bo są lampy ledowe, które nie potrzebują tyle. Dzisiaj można także z miejscowego zasilania, czyli z gniazdek. Ale kiedyś to agregaty, to setka była takim ???? .

    AW: Agregat i setka to były dwie rzeczy, które się wykluczały. Żeby zrobić setkowe zdjęcie to trzeba było wytłumić wszystko dookoła, a agregat, to oni czasami mówią ,,Jeszcze za mało mamy kabla. Jeszcze go trzeba odstawić”. No bo tam operator dźwięku tylko mówi ,,Słyszę., Słyszę.”

    JW: No bo jeszcze było tak, że te agregaty nie były w ogóle wyciszone.

    AW: No tak.

    JW: Taki prawdziwy…

    AW: Na Lublinie, pamiętasz, co jeździł? Na starym Lublinie. No to rzesz to był jeden wielki łomot, jak stanął na planie.

    JW: I czasami, jak były lampy wyładowcze i ten agregat się odsuwał, no nie wiem, na 200 metrów, 300 metrów, to mógł wystąpić spadek napięcia. I lampy wyładowcze, tamtejsze lampy z tamtych lat, po prostu nie chciały zapalać. Także no wróg czyhał ze wszystkich storn.

    AW: Pamiętam jeszcze, że się żarzyły. Pamiętasz?

    JW: Agregaty jeszcze, jak dźwiękowcy mówią – dudniły. Że może nie było słychać samego agregatu, ile takie dudnienie o takiej bardzo niskiej częstotliwości. Dzisiaj agregaty są po prostu wspaniałe. Przecież taki prawdziwy agregat filmowy, jeżeli jest, to możemy przy nim stać i nie wiemy, że on pracuje. Ale to wszystko kosztuje. Nic nie jest za darmo w tej branży.

    AW: Technika poszła do przodu na szczęście.

    AM: A miał pan jakiegoś mistrza, kogoś kto pana nauczył wszystkiego o oświetleniu?

    AW: Staś.

    JW: Niestety chyba już jedyny, który żyje, z naszej łódzkiej tu Wytwórni, to jest Jurek Kmin, prawda? Jedyny.

    AW: Mistrz oświetlenia.

    JW: Z tych młodszych pokolenia mistrzów. Tak, jak pan Stasiu Matuszewski niedawno zmarł. Tadeusz Gąsiorkiewicz. Kajtek Gajewski, nie Jerzy Gajewski. Leszek Szymenderski i Jurek Klimkiewicz. Jeszcze o Leon Jankowski. To już taka epoka ,,Krzyżaków”, bym powiedział.

    AW: No oni po dwa, trzy pokolenia wypuścili.

    JW: Oni wszyscy jeszcze pracowali, jak ja zacząłem pracować.

    AM: I czy oni się dzielili wiedzą, czy jak tacy starzy mistrzowie trzymali to jako taką wiedzę tajemną?

    JW: Nie. Nie było jakichś takich specjalnych szkoleń, to w trakcie pracy wszystko. No też trzeba było obserwować.

    AW: Nie było dwóch jednakowych dni, żeby to się powtarzało.

    JW: Że potem wiadomo było o co chodzi po prostu i człowiek wiedział już co trzeba zrobić. Nie było na pewno tylu wynalazków ile dzisiaj jest. Bo dzisiaj ten sprzęt jest lżejszy, ale z kolei więcej drobiazgów jest. Tych wynalazków, uchwycików, no naprawdę różnego rodzaju. Kiedyś to po prostu była lasotaśma, która nie kleiła, taki był jej urok, po prostu nie miała kleju.

    JW: To była lasataśma z klejem, ale bez kleju. Drut, gwoździe, kombinerki, no i to wszystko. Malarz, o jeszcze to, może to jest takie. Zawsze na planie był tak zwany malarz dyżury.

    AW: Malarz dyżurny.

    JW: To był gość, który miał takie drewniane pudełko i tam miał sypkie, suche farby. No bo spray nie było, przecież to amerykański wynalazek. No i on miał te farby po prostu w tych przegródkach. No tam nie wiem, z dziesięć kolorów. Ale jego mistrzostwo polegało na tym, że on potrafił z tego dobrać, obojętnie gdzie byliśmy, w jakim pomieszczeniu, w dekoracji, on potrafił, to naprawdę byli mistrzowie świata, dobrać farbę z tego wszystkiego.

    AW: To byli ludzie, co najwyżej po średnim wykształceniu. A teraz się studiuje kolorystykę. I znam paru kolorystów, co do pięt im nie sięgają.

    JW: Przecież to wszystko było ręcznie. Nawet wszelkiego rodzaju malowanie marmurów, posadzki lastrico, wszyscy wiemy, jak wygląda lastrico. To też taki kolega, o już dawno nie żyje, to proszę sobie wyobrazić, że on jeździł do Wrocławia, że by tam, ja nie mówię, że tam nie było fachowców, ale może akurat wtedy. Bo to już taka końcówka była. Że jeździł specjalnie, żeby im marmury zrobić i lastrico namalować. No kiedyś przecież nie było linoleum. To wszystko było malowane w dekoracjach. To była ręczna robota. Horyzonty, czyli tła. Ja się zawsze śmiałem z kolegi, który też nie żyje…

    AW: Jeszcze nie było green box’ów, blue box’ów. Trzeba było tło namalować wtedy, tak. 

    JW: Nie, nie, nic takie nie było. Zawsze się śmiałem, że tylko pomaluje horyzont, weźmie kasę i idzie do domu. A on ten horyzont malował z podnośnika. A horyzont, powiedzmy, nie wiem, 15 metrów wysokości i w takim półkolu. No ile hala miała? Wysokość, na pewno z 15 metrów. 

    AW: 15 na 30, albo na 25.

    JW: Albo jeszcze dłuższy był. Po prostu to było mistrzostwo świata. Chmurki.

    AW: A myśmy mu jeszcze dogadywali ,,Ty sobie obrazek namalujesz, a my dopiero robotę będziemy mieli”.

    JW: Przecież on za każdym razem, jak chmurkę, czy słońce malował to musiał zejść z tej drabiny, odejść, spojrzeć jak to wygląda, znowu po drabinie, psik, psik, psik, psik. Naprawdę to było mistrzostwo świata.

    AW: Ale a propos tego  pudełka. To ja jeszcze dodam, że właśnie on sobie brał to pudełko, kiedy operator w pewnym momencie potrafił powiedzieć ,,Słuchajcie, mnie to coś mi wali po oczach, jakiś kabelek”, koledzy mówią ,,No jak my wyłączymy, czy przełożymy, czy coś, to półgodziny przestawiania lamp i tak dalej”. On z tą skrzyneczką mówi ,,Dobra chłopaki, zaraz”. Ciu, ciu, ciu, pyk, pyk, pyk. ,,Widzisz?” ,,Nie”. I za chwilę kabelek znikał, zlewał się z tłem. I było wszystko zrobione, tak jak trzeba.

    00:45:10 – 00:47:56

    AW: Także na tym polegała, między innymi, jego praca. Tak zwana zdrada w obrazu, od tego mieliśmy malarza dyżurnego. Operator mówił ,,Wyje mi ta biała kartka”, ,,No tak, ale jej się nie da zerwać”, ,,Zaraz” tik, tik, tik, tik. ,,Tak zrobiłem, że się wytrze i koniec. I będzie z powrotem biała”. Takie rzeczy potrafili robić.

    JW: Jeżeli były jakieś powierzchnie błyszczące, nie wiem, płyta, lustro, szyba, to kiedyś to po prostu mydłem się to smarowało, żeby zmatowić. Dzisiaj już jest taki mat spray, którym się… A mało tego on jest zmywalny wodą, także nie jest trwały.

    AW: Teraz są spraye do zmywania spray’ów nawet.

    JW: Jest czarny mat spray, biały, przezroczysty. Także jest milion razy łatwiej. Tylko to wszystko kosztuje. To też nie jest za darmo po prostu.

    AM: Ale macie wrażenie, że ta magia jest zachowana? Bo wy mówicie o tworzeniu filmowego snu.

    AW: No to wtedy, de facto, wydaje mi się, że w tych czasach, kiedy było tak trudno o wszystko, to ludzie, który przychodzili dawali z siebie wszystko. Trzeba było więcej myśleć.  Ciężko było coś wygooglować, bo jeszcze nie było Internetu i tu właśnie, niektórzy mistrzowie, na przykład właśnie malarze. Oświetlacze sobie przekazywali wiedze w praniu. Bo się zawsze coś działo. A malarz, jak miał jakiś fajny sposób, jak nie chciał go sprzedać, to odwrócił się, pomieszał to z tym, tam coś tego i siup. Ja pamiętam, jak robiliśmy ,,Dyzmę” i mieliśmy tę scenę w ubikacji,  gdzie on liczy pieniądze, które dostał od Kunika. To było na hali zrobione. I marmury, jak malowali, to kolega wszedł, zaczął to robić, bo to przecież papierowa tapeta była, wszystko pomalowane i tak dalej. I kolega Edziu, przecież wtedy wszedł z wiadereczkiem ze ścierami, z jego pracowni  przyszli chłopcy go podglądać. Gdzieś się chowali po dekoracjach. On wziął ścierkę, wykręcił, zawinął, przejechał po ścianie. Takie żyłki marmurowe porobił w ciągu kilku minut, że szczęka nam opadła wszystkim po prostu. Tam zdrady nie widać w ogóle na ekranie przecież, jak się ogląda tą scenę.

    JW: Coś podobnego słyszałem o charakteryzatorkach. Jak przychodziła młoda charakteryzatorka, wiadomo, ledwo po szkole, no to co ona umiała? No jak każdy po szkole. Prawie nic, prawda? Bez praktyki. To one potrafiły tak zrobić, żeby niczego nie przekazać, no bo wiadomo w charakteryzacji pewne tajemnice w tych podkładach, szary, czy brązowy, że najpierw ten, potem ten, no wiadomo o co chodzi. To one potrafiły na jednym palcu, na przykład, wziąć ten podkład jakiś tam, który powinien iść najpierw, na przykład, ja mówię bardzo tak ogólnie, tak, że ta młoda nie widziała tego. I ona ją charakteryzowała jakąś aktorkę i najpierw tym jednym, tu gdzie miała ten, który nie chciała pokazać, a potem tym. I jak tamta potem robiła ,,No jak to kochana no? Przecież widziałaś, jak ja to robiłam”. A to taka zwykła, myślę, złośliwość była. Ja mówię bardzo ogólnie. Tylko po prostu słyszałem o tym.

    AW: Czasami się po prostu wygłupiali na zasadzie, tak…

    JW: Nie chciała przekazywać od razu i potem było właśnie ,,No kochana, no widziałaś przecież, jak ja to zrobiłam”.

    AW: No szczerze mówiąc my mieliśmy…

    JW: A to przecież łatwo jest oszukać, prawda? Ta młoda to wpatrzona w mistrzynię.

    AW: Jeszcze palców im nie liczyły sobie nawzajem wtedy. A wystarczyło zmienić palec.

    JW: No a przecież wiadomo, że tych odcieni i tak dalej to jest masa.

    AW: Ale ja powiem a propos trzymania tajemnicy. Myśmy mieli z kolegami pozakładane swoje prywatne zeszyty, gdzie miałem wszystkie adresy w całej Polsce, ludzi, z którymi mam kontakt, wypożyczam od nich. I czasami robiąc film w Łodzi, jechałem do Krakowa, do Warszawy, nawet mi się zdarzyło do Gdańska, po jakąś rzecz jechać do znajomego człowieka, który powiedział ,,Proszę bardzo, proszę sobie przyjechać, zabrać i nie ma problemu”. I bywało tak, że niektórym z kolegów nie dawaliśmy adresów. Różnie bywało z tymi kolegami, krótko mówiąc, no. Słabo się rozliczali, potrafili coś tam…

    JW: W roztargnieniu.

    AW: Lekko. W roztargnieniu zniszczoną rzecz zostawili. No i później my słuchaliśmy ,,No ale kogo wy tam macie”, a ja, my na wszelki wypadek to nie znaliśmy tych ludzi ,,Nie znam człowieka”. Chociaż pracuje na tym samym korytarzu ze mną. Bo u nas był korytarz rekwizytorski, to rekwizytornia koło rekwizytorni była. Właśnie tam się mówiło korytarz cudów.

    JW: Bramy piekieł.

    AW: Bramy piekieł, korytarz cudów, tak.

    AM: A wyście mieli kilka pomieszczeń też? Jak to wyglądało?

    JW: Nasz wydział był gdzie obecnie stoi hotel Hilton. Dokładnie stoi na miejscu Wydziału oświetlenia i zdjęciowego. To był jeden duży magazyn, gdzie były wszystkie lampy. Był warsztat, gdzie się naprawiało, konserwowało. No i potem pomieszczenie kierownika. Sam magazyn zajmował najwięcej miejsca. Zresztą podobnie było  w zdjęciowi.

    Transkrypcja rozmowy w formacie docx